Grudzień ma w sobie coś z nieustannego pośpiechu. Galerie handlowe pękają w szwach, skrzynki mailowe uginają się od „ostatnich okazji”, a lista prezentów do kupienia zdaje się żyć własnym życiem. Właśnie ten przedświąteczny szum sprawił, że wróciłam do książki Marty Sapały „Mniej intymny portret zakupowy Polaków”. Nie z ciekawości, ale z potrzeby – zatrzymania się i sprawdzenia, dlaczego właściwie znowu kupujemy więcej, szybciej i często bezrefleksyjnie.
To nie jest poradnik o tym, jak żyć lepiej, oszczędniej czy bardziej „eko”. To nie kolejna lista polecanych gadżetów dla minimalistów ani książka, która obiecuje, że wystarczy wyrzucić połowę rzeczy, by poczuć ulgę. „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” to przede wszystkim dziennik – zapis rocznego eksperymentu kilkunastu gospodarstw domowych z całej Polski, które postanowiły kupować wyłącznie to, co naprawdę niezbędne.
Punktem wyjścia jest proste, ale niewygodne pytanie: czy wszystko, co kupujemy, naprawdę musimy posiadać? A w grudniu to pytanie wybrzmiewa wyjątkowo głośno. Bo przecież „trzeba” kupić prezenty, „wypada” coś dorzucić, „szkoda” nie skorzystać z promocji.
Marta Sapała nie moralizuje i nie ocenia. Zamiast tego zagląda do portfeli, spiżarni, szaf i głów swoich bohaterów – i własnej. Pisze o tym, co dzieje się, gdy konsumpcja zostaje radykalnie ograniczona, gdy zakupy przestają być automatyczną odpowiedzią na stres, brak czasu czy społeczną presję. Jak sama pisze:
„Nie pamiętam już, kiedy i dlaczego przyszło mi do głowy, że kluczem do codzienności może być portfel. Jego zawartość (bądź jej brak) i to, co się z nią robi. Piszę o tym, co się dzieje, gdy spróbuje się – na jakiś czas – radykalnie ograniczyć codzienną konsumpcję. Oskubać ją do tego, co naprawdę niezbędne.”
To, co szczególnie porusza, to brak uproszczeń. Ograniczanie zakupów nie jest tu romantyczną wizją „życia mniej”, ale procesem pełnym napięć, frustracji i niewygodnych odkryć. Autorka pokazuje, ile kosztuje przetrwanie, urządzenie mieszkania, zaproszenie na świat dziecka. Zadaje pytania o cenę bezpieczeństwa, spokoju, zdrowia i relacji:
„Jak przeliczyć czas na pieniądze, pieniądze na przedmioty, przedmioty na relacje. Czy redukcja we wszystkich tych dziedzinach daje swobodę, a może wręcz przeciwnie – uwiera?”
Czytana w okresie przedświątecznym książka działa jak lustro. Nagle widać wyraźniej, jak bardzo zakupy stały się rytuałem – sposobem na wyrażanie troski, rekompensowanie braku czasu, a czasem po prostu na zagłuszenie zmęczenia. I jak często ilość przedmiotów próbuje zastąpić jakość relacji.
Najciekawsze jest to, że „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” nie odbiera przyjemności z kupowania. Ona ją problematyzuje. Sprawia, że zanim coś włożymy do koszyka, pojawia się chwila zawahania. Myśl: czy to naprawdę jest mi potrzebne? Czy to coś zmieni – czy tylko dobrze będzie wyglądać pod choinką?
Powrót do tej książki w grudniu wydaje się niemal naturalny. To nie lektura, która psuje świąteczny nastrój, ale taka, która próbuje zdjąć z niego warstwę marketingowej presji i zakupowego automatyzmu. Zostawia czytelnika z pytaniem, które warto sobie zadać nie tylko raz w roku: czy „mniej” w jednej dziedzinie może oznaczać „więcej” w innej – i dlaczego ten bilans tak rzadko chce się zgodzić?

Komentarze
Prześlij komentarz