Pewnie za chwilę internet zaleje fala podsumowań roku 2025. Sukcesy, liczby, checklisty zrealizowanych celów, zdjęcia, które mają udowodnić, że to był „dobry rok”. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy w ogóle jest sens robić własne podsumowanie.
Bo jak podsumować rok, który był tak bardzo niestabilny?
2025 był dla mnie sinusoidą emocji. Od chwil euforii, w których naprawdę chciało się żyć, po momenty ciężkie, depresyjne, takie, w których jedynym celem dnia było po prostu przetrwać. Były momenty piękne — prawdziwe, jasne, zostające w pamięci na długo. Ale prawda jest taka, że większość tego roku była walką. Cichą, codzienną, często niewidoczną dla innych.
Hasłem, które trzymało mnie w pionie, było jedno zdanie: wszystko jest po coś. Nawet jeśli jeszcze nie wiemy po co. Nawet jeśli w danym momencie brzmi to jak tania pociecha. Powtarzałem je sobie wtedy, gdy wydarzenia wydawały się kompletnie irracjonalne, jak koszmar, z którego nie da się obudzić. I choć do dziś nie potrafię logicznie wyjaśnić niektórych sytuacji, to ta myśl pozwalała mi iść dalej — czasem o krok, czasem na kolanach.
Czy ten rok mnie czegoś nauczył? Pewnie tak, choć nie wszystkie lekcje są jeszcze zrozumiałe. Może sens przyjdzie później. Może dopiero za kilka lat spojrzę wstecz i zobaczę ciąg przyczyn i skutków, których teraz nie potrafię połączyć.
Czy w nowy rok wchodzę z postanowieniami? Oczywiście, że tak. To w końcu noworoczna tradycja. Czy się spełnią? Zapewne tak. A może nie. Nie wiem. I pierwszy raz od dawna nie czuję potrzeby, żeby to wiedzieć na pewno.
Wchodzę w nowy rok bez wielkich deklaracji. Z ostrożną nadzieją. Z doświadczeniem roku, który mnie poturbował, ale nie złamał. I z przekonaniem, że nawet jeśli jeszcze nie rozumiem „po co”, to kiedyś ta odpowiedź się pojawi.

Komentarze
Prześlij komentarz