Ze sportem byłam związana właściwie od zawsze. Nie w stylu olimpijskich ambicji ani planu na złoty medal, raczej na zasadzie: coś się zawsze działo. Były różne etapy, różne aktywności, różne momenty w życiu. Czasem bardziej regularnie, czasem bardziej „na dobre chęci”. Ale ruch był obecny. Ciało było w użyciu. Zadania do wykonania też się zgadzały. Sport był czymś normalnym. Czymś, co się robi. I chyba właśnie dlatego byłam przekonana, że w tej kategorii wiem już wszystko. A potem przyszła joga. Bez wielkich zapowiedzi. Bez objawienia. Bez myśli, że to coś, co zmieni moje życie. I zrobiła coś, czego absolutnie nie spodziewałam się po żadnym sporcie. Nie zapytała mnie, ile razy w tygodniu ćwiczę. Nie interesowały jej wyniki ani to, czy robię coś „wystarczająco dobrze”. Nie poprawiała mnie co chwilę i nie motywowała hasłami w stylu „dasz radę, jeszcze trochę”. Przyszła… i pozwoliła mi być sobą. Bez udowadniania. Bez spiny. Bez porównywania się. I to było zaskakujące. Bo nagle nikt mnie n...