Styczeń zaczął się spokojnie.
Drogą
do Gdańska i z powrotem.
Zajęciami, które wracały do rytmu,
i wielkimi powrotami podopiecznych na maty. Było w tym coś kojącego
— jak pierwszy oddech po przerwie, jak przypomnienie, że ciało i
uważność zawsze wiedzą, gdzie jest dom.
Ten miesiąc był jednak przede
wszystkim próbą.
Bez planu, bez założeń, bez wielkich
postanowień. Po prostu się wydarzył. Przepłynął — czasem
łagodnie, czasem opornie — zostawiając po drodze chwile
zwątpienia. Zima w tym roku nie była łaskawa. Szara, ciężka,
bardziej wyczerpująca niż otulająca.
A przecież to czas, w którym naturalnie chciałoby się zapadać w sen zimowy. Tyle że rola samodzielnej kobiety rzadko sprzyja siedzeniu w ciepełku z kubkiem herbaty. O czytaniu książek nawet nie wspomnę — choć bardzo tego pragnęłam. Przeczytałam zaledwie pięć stron książki, która czeka na mnie cierpliwie. I to też jest jakimś znakiem tego stycznia.
W tych dniach mata pozwalała mi wracać do równowagi. Do oddechu. Do ciała. Do siebie. Coraz wyraźniej czuję też, że joga poza matą zaczyna odsłaniać nowe oblicza — ciche, subtelne, ale bardzo prawdziwe. Jeszcze ich nie nazywam. Raczej słucham. I jestem ich bardzo ciekawa.
Styczeń kończy się bez fanfar.
Bez
list osiągnięć i podsumowań sukcesów.
Z lekkim zmęczeniem,
ale i uważnością.
Może właśnie tak miał się zakończyć.
Intencja na luty
Na luty wybieram łagodność.
Zgadzam
się na wolniejsze tempo i na to, że nie wszystko musi być już
jasne.
Chcę słuchać ciała uważniej niż planów, oddychać
głębiej niż myśli i pozwolić sobie być dokładnie tam, gdzie
jestem.
Bez pośpiechu. Bez presji. Z zaufaniem do procesu.

Komentarze
Prześlij komentarz