Ze sportem byłam związana właściwie od zawsze. Nie w stylu olimpijskich ambicji ani planu na złoty medal, raczej na zasadzie: coś się zawsze działo. Były różne etapy, różne aktywności, różne momenty w życiu. Czasem bardziej regularnie, czasem bardziej „na dobre chęci”. Ale ruch był obecny. Ciało było w użyciu. Zadania do wykonania też się zgadzały.
Sport był czymś normalnym. Czymś, co się robi. I chyba właśnie dlatego byłam przekonana, że w tej kategorii wiem już wszystko.
A potem przyszła joga. Bez wielkich zapowiedzi. Bez objawienia. Bez myśli, że to coś, co zmieni moje życie. I zrobiła coś, czego absolutnie nie spodziewałam się po żadnym sporcie.
Nie zapytała mnie, ile razy w tygodniu ćwiczę. Nie interesowały jej wyniki ani to, czy robię coś „wystarczająco dobrze”. Nie poprawiała mnie co chwilę i nie motywowała hasłami w stylu „dasz radę, jeszcze trochę”.
Przyszła… i pozwoliła mi być sobą.
Bez udowadniania. Bez spiny. Bez porównywania się.
I to było zaskakujące. Bo nagle nikt mnie nie poganiał. Nikt nie sprawdzał, czy się staram wystarczająco mocno. Nie było presji, żeby przekraczać kolejne granice – ani te fizyczne, ani te w głowie.
Zamiast tego pojawił się oddech.
Taki prawdziwy. Głęboki. Nie „szybko, bo zaraz kolejne zadanie”, tylko spokojny, obecny, uważny. Pojawiła się cisza, która na początku była nawet trochę niewygodna. Bo jak to tak – nic nie robić? Nie poprawiać, nie planować, nie analizować?
Joga pozwoliła mi się zatrzymać bez poczucia winy. A to, szczególnie dla kobiet po trzydziestce, wcale nie jest takie oczywiste.
Bo przecież zawsze jest coś do zrobienia. Zawsze ktoś czegoś potrzebuje. Zawsze można jeszcze „ogarnąć jedną rzecz”, zanim pozwoli się sobie na chwilę spokoju.
A joga spokojnie mówiła:
Możesz teraz być dla siebie.
I właśnie wtedy coś zaczęło się zmieniać.
Zawsze uważałam, że w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. Dlatego dziś widzę bardzo wyraźnie, że pójście na mój pierwszy kurs jogi było takim cichym przełomem. Bez fanfar. Bez wielkich deklaracji. Bez zdjęć „przed i po”.
To nie była decyzja w stylu: od teraz zmieniam całe życie. Raczej: sprawdzę, co to jest. A czasem właśnie takie niepozorne decyzje okazują się najważniejsze.
Dziś sama rozkładam matę w domu. Czasem na pięć minut, czasem na dłużej. Czasem w piżamie, czasem z herbatą stygnącą obok. Bez presji, że „powinnam zrobić pełną praktykę”.
Uczę się jogi fizycznej – tej z ciałem, ruchem i asanami. Ale coraz bardziej uczę się też tej jogi, która dzieje się poza matą.
Tej, która pojawia się w codziennych wyborach. W mówieniu „nie”, kiedy wcześniej mówiłam „tak”. W odpuszczaniu, kiedy nie wszystko musi być idealnie. W słuchaniu siebie zamiast kolejnego „tak trzeba”.
I gdzieś po drodze pojawił się kolejny krok. Duży. Odważny. Taki, który jeszcze jakiś czas temu wydawał mi się zupełnie „nie dla mnie”.
Obecnie jestem w trakcie kursu nauczycielskiego RYT 200.
To ogromny krok w moim życiu. Nie dlatego, że chcę być kimś innym albo „lepszą wersją siebie”. Ale dlatego, że chcę jeszcze uważniej słuchać – siebie i innych. Z większą delikatnością. Z większym zrozumieniem. Z większym szacunkiem do tego, jak różne jesteśmy.
I chyba właśnie za to joga została ze mną na dłużej., stając się moją życiową drogą
Bo nie zmieniła mnie w kogoś innego. Nie dołożyła kolejnej roli do odegrania. Nie zabrała mi mnie.
Po prostu pomogła mi wrócić do siebie.

Komentarze
Prześlij komentarz