Przejdź do głównej zawartości

Domowy proszek do prania DIY – jak zrobić ?

 

Komu by się chciało robić własny proszek do prania?



No właśnie — komu by się chciało? Przecież półki w sklepach uginają się od „eko” proszków, „delikatnych dla skóry”, „hipoalergicznych” i „z naturalnych składników”.
Tylko że… jak się w to człowiek wczyta, to czasem aż trudno uwierzyć, ile w nich nadal chemii.

A więc komu? Odpowiedź jest prosta: wariatom z ADHD (czytaj: ludziom, którzy lubią grzebać, mieszać, eksperymentować) oraz tym, którzy naprawdę chcą ograniczyć chemię w swoim domu.

Co jest w zwykłym proszku do prania?

Zanim przejdziemy do przepisu na własny proszek, warto wiedzieć, co tak naprawdę kryje się w tych kolorowych pudełkach ze sklepu.

Optyczne rozjaśniacze i enzymy – to właśnie one sprawiają, że ubrania wydają się „bielsze”. Problem w tym, że mogą powodować reakcje alergiczne, wysypki i podrażnienia skóry.

Wybielacze, takie jak podchloryn sodu, mogą drażnić oczy i skórę, a w połączeniu z naturalnymi składnikami (np. olejkami eterycznymi lub surfaktantami obecnymi w innych środkach czystości) tworzą lotne związki organiczne (VOC) – toksyczne i często rakotwórcze.

Liniowy alkilobenzenosulfonian (LAS) – najczęściej używany detergent w proszkach do prania. Produkowany z benzenu i parafin, może powodować zawroty głowy, przyspieszone bicie serca, a nawet utratę przytomności. Benzen natomiast niszczy szpik kostny, prowadzi do anemii i zwiększa ryzyko białaczki.

Czyli w skrócie – to, co ma „czyścić”, często brudzi nasz organizm od środka.



Czy przygotowanie zajmuje dużo czasu?

Nie, ale… jeśli tak jak ja nie chcesz kupować gotowych płatków mydlanych, to najpierw musisz zrobić swoje mydło.

I tu zaczyna się zabawa.


Etap pierwszy: mydło gospodarcze octowe

Najpierw wytwarzam mydło gospodarcze octowe – przepis znalazłam na stronie Ukręcone.
To świetne, uniwersalne mydło, które sprawdza się nie tylko do proszku, ale i do ogólnego sprzątania domu.

Kiedy już mam gotowe mydło, ścieram je na tarce – to właśnie one stanowią bazę mojego proszku do prania.

Etap drugi: proszek do prania DIY

Przepis na proszek do prania:

  • 2 kg boraksu

  • 2 kg sody kalcynowanej

  • 1 kg płatków z mydła gospodarczego (octowego)

  • 200 g nadwęglanu sodu – naturalny wybielacz i odświeżacz

Wszystko dokładnie mieszam i gotowe!
Trzymam proszek w szczelnym pojemniku i używam ok. 2–3 łyżki na jedno pranie.


Dlaczego warto?

Po pierwsze – ekologia.
Po drugie – zero zbędnych zapachów i zero uczuleń.
Po trzecie – satysfakcja, bo robisz coś samodzielnie, wiesz, co tam naprawdę jest, i masz zapas sody w domu na następne 5 lat (bo kto kupuje ją w małych paczkach?). 😄

Dzięki własnemu proszkowi pożegnaliśmy się z problemami skórnymi, które często pojawiały się po kontaktach z komercyjnymi detergentami – zwłaszcza tymi naszpikowanymi zapachami i chemią.


A co z płynem do płukania?

Nie używamy.
Szkoda kasy i zdrowia.

Zamiast tego – ocet!
Nie, nie martw się, ubrania nie będą pachnieć sałatką. Ocet świetnie zmiękcza tkaniny, usuwa resztki detergentu i nie pozostawia zapachu po wyschnięciu.


I tak oto domowy proszek, który miał być tylko „eksperymentem”, został z nami na stałe.
Bo czasem warto zrobić coś samemu – nie dlatego, że jest taniej, tylko dlatego, że jest zdrowiej, prościej i z większym spokojem sumienia


Źródła i odniesienia:

  • ECHA (European Chemicals Agency): informacje o substancjach drażniących i uczulających w detergentach.

  • EPA (Environmental Protection Agency): dane o emisjach VOC i ich wpływie na zdrowie.

  • WHO (World Health Organization): badania nad wpływem lotnych związków organicznych na układ oddechowy.

  • IARC (International Agency for Research on Cancer): klasyfikacja benzenu jako substancji rakotwórczej grupy 1.





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rok, którego nie da się łatwo podsumować

 Pewnie za chwilę internet zaleje fala podsumowań roku 2025. Sukcesy, liczby, checklisty zrealizowanych celów, zdjęcia, które mają udowodnić, że to był „dobry rok”. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy w ogóle jest sens robić własne podsumowanie. Bo jak podsumować rok, który był tak bardzo niestabilny? 2025 był dla mnie sinusoidą emocji. Od chwil euforii, w których naprawdę chciało się żyć, po momenty ciężkie, depresyjne, takie, w których jedynym celem dnia było po prostu przetrwać. Były momenty piękne — prawdziwe, jasne, zostające w pamięci na długo. Ale prawda jest taka, że większość tego roku była walką. Cichą, codzienną, często niewidoczną dla innych. Hasłem, które trzymało mnie w pionie, było jedno zdanie: wszystko jest po coś . Nawet jeśli jeszcze nie wiemy po co. Nawet jeśli w danym momencie brzmi to jak tania pociecha. Powtarzałem je sobie wtedy, gdy wydarzenia wydawały się kompletnie irracjonalne, jak koszmar, z którego nie da się obudzić. I choć do dziś nie potrafię ...

Październikowe zatrzymanie – jak kontuzja nauczyła mnie spokoju, uważności i wdzięczności

Październik miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być aktywny, pełen planów, ruchu i przygotowań do jesieni. Tymczasem los postanowił inaczej i już od początku miesiąca jestem unieruchomiona z powodu naderwanego więzadła.  Większość moich październikowych planów poszła w pizdu, ale postanowiłam nie załamywać rąk i spróbować obrócić tę sytuację w coś pozytywnego. Skoro nie mogę się ruszać, to mogę się zatrzymać – dosłownie i w przenośni.  Zaczęłam nadrabiać książki, które od dawna czekały na swoją kolej, szczególnie te potrzebne podczas kursu nauczycielskiego jogi, który zaczynam już w listopadzie.  To trochę zabawne, że kiedy w końcu mam czas na naukę i refleksję, to ciało mówi „stop”, a głowa – pierwszy raz od dawna – zaczyna się wyciszać. Spisałam plan dnia i naprawdę się go trzymam, bo przecież teraz nic mi go nie zaburza.  Każdy dzień wygląda podobnie – herbata, lektura, chwila medytacji, trochę pracy twórczej i odpoczynku. Wbrew pozorom takie uporządkowanie ...

Czy naprawdę musimy to kupić? Przedświąteczna lektura Marty Sapały

Grudzień ma w sobie coś z nieustannego pośpiechu. Galerie handlowe pękają w szwach, skrzynki mailowe uginają się od „ostatnich okazji”, a lista prezentów do kupienia zdaje się żyć własnym życiem. Właśnie ten przedświąteczny szum sprawił, że wróciłam do książki Marty Sapały „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” . Nie z ciekawości, ale z potrzeby – zatrzymania się i sprawdzenia, dlaczego właściwie znowu kupujemy więcej, szybciej i często bezrefleksyjnie. To nie jest poradnik o tym, jak żyć lepiej, oszczędniej czy bardziej „eko”. To nie kolejna lista polecanych gadżetów dla minimalistów ani książka, która obiecuje, że wystarczy wyrzucić połowę rzeczy, by poczuć ulgę. „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” to przede wszystkim dziennik – zapis rocznego eksperymentu kilkunastu gospodarstw domowych z całej Polski, które postanowiły kupować wyłącznie to, co naprawdę niezbędne. Punktem wyjścia jest proste, ale niewygodne pytanie: czy wszystko, co kupujemy, naprawdę musimy posiadać? A w...