Przejdź do głównej zawartości

Ahimsa Czym jest dla mnie w kontekście jogi i życia?

 


Ahimsa, czyli niekrzywdzenie, to pierwsza jama na ścieżce jogi i coś, co przez długi czas rozumiałam głównie jako bycie dobrą dla innych. Myślałam, że chodzi o to, żeby nikogo nie zranić, nikogo nie zawieść, nikomu nie odmówić. Robiłam więc dużo, często aż ponad swoje siły — a przy tym kompletnie zapominałam o sobie. Dopiero z czasem zaczęłam widzieć, że to, co brałam za troskę o innych, bywało jednocześnie zaniedbaniem siebie. I że to też jest forma przemocy, tylko nie tak łatwo ją zauważyć, bo kierowana jest do środka.

W jodze ahimsa zaczęła nabierać dla mnie zupełnie innego znaczenia. To już nie tylko „nie rób nikomu krzywdy”, ale bardziej: „bądź uważna na siebie”. Nie pchaj ciała za mocno w asanach, kiedy krzyczy, że ma dość. Pozwól sobie zejść z maty wcześniej, jeśli tego potrzebujesz. Nie oceniaj się za to, że dziś jesteś mniej rozciągnięta albo bardziej zmęczona. Zrozumiałam, że można krzywdzić siebie myślami, wymaganiami, porównywaniem się do innych czy ciągłą presją, by być lepszą niż wczoraj. A przecież joga jest o tym, żeby być bardziej w kontakcie ze sobą, nie mniej. W życiu codziennym ahimsa stała się dla mnie lekcją wyznaczania granic. I to jest chyba najtrudniejsza część. Przez lata byłam nastawiona na dawanie: czasu, energii, uwagi, wsparcia. Myślałam, że tak trzeba, że tak jest „dobrze”. Aż w pewnym momencie zrozumiałam, że nie jestem już w tym obecna, tylko zmęczona, przytłoczona i trochę zagubiona. Dopiero teraz uczę się, że mogę powiedzieć „nie”, nie raniąc nikogo. Mogę dbać o siebie, nie przestając jednocześnie być życzliwą dla innych. Mogę mieć swoje potrzeby i one też są ważne.Ahimsa zaczyna dla mnie oznaczać drobne, codzienne wybory. Zadbanie o sen. Zrobienie sobie przerwy, kiedy jestem przeciążona. Mówienie do siebie w łagodny sposób zamiast karcić się za każdą „niedoskonałość”. Zjedzenie czegoś, co naprawdę mi służy, albo pójście na spacer, bo ciało o to prosi. To niby drobiazgi, ale to właśnie one składają się na życie, w którym nie ranię siebie, a wręcz przeciwnie — wreszcie powoli daję sobie troskę, jaką przez lata dawałam wszystkim dookoła. Dziś widzę, że ahimsa to nie jest jakiś wielki ideał do osiągnięcia. To bardziej kierunek. Uczę się iść w stronę większej łagodności, większej uważności, większego szacunku do siebie samej. I odkrywam, że kiedy nie krzywdzę siebie, mogę być bardziej prawdziwa, spokojniejsza i paradoksalnie — o wiele lepiej obecna dla innych. Ahimsa staje się więc dla mnie nie tyle zasadą, co sposobem życia, który zaczyna się w środku i powoli rozlewa się na wszystko wokół.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rok, którego nie da się łatwo podsumować

 Pewnie za chwilę internet zaleje fala podsumowań roku 2025. Sukcesy, liczby, checklisty zrealizowanych celów, zdjęcia, które mają udowodnić, że to był „dobry rok”. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy w ogóle jest sens robić własne podsumowanie. Bo jak podsumować rok, który był tak bardzo niestabilny? 2025 był dla mnie sinusoidą emocji. Od chwil euforii, w których naprawdę chciało się żyć, po momenty ciężkie, depresyjne, takie, w których jedynym celem dnia było po prostu przetrwać. Były momenty piękne — prawdziwe, jasne, zostające w pamięci na długo. Ale prawda jest taka, że większość tego roku była walką. Cichą, codzienną, często niewidoczną dla innych. Hasłem, które trzymało mnie w pionie, było jedno zdanie: wszystko jest po coś . Nawet jeśli jeszcze nie wiemy po co. Nawet jeśli w danym momencie brzmi to jak tania pociecha. Powtarzałem je sobie wtedy, gdy wydarzenia wydawały się kompletnie irracjonalne, jak koszmar, z którego nie da się obudzić. I choć do dziś nie potrafię ...

Październikowe zatrzymanie – jak kontuzja nauczyła mnie spokoju, uważności i wdzięczności

Październik miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być aktywny, pełen planów, ruchu i przygotowań do jesieni. Tymczasem los postanowił inaczej i już od początku miesiąca jestem unieruchomiona z powodu naderwanego więzadła.  Większość moich październikowych planów poszła w pizdu, ale postanowiłam nie załamywać rąk i spróbować obrócić tę sytuację w coś pozytywnego. Skoro nie mogę się ruszać, to mogę się zatrzymać – dosłownie i w przenośni.  Zaczęłam nadrabiać książki, które od dawna czekały na swoją kolej, szczególnie te potrzebne podczas kursu nauczycielskiego jogi, który zaczynam już w listopadzie.  To trochę zabawne, że kiedy w końcu mam czas na naukę i refleksję, to ciało mówi „stop”, a głowa – pierwszy raz od dawna – zaczyna się wyciszać. Spisałam plan dnia i naprawdę się go trzymam, bo przecież teraz nic mi go nie zaburza.  Każdy dzień wygląda podobnie – herbata, lektura, chwila medytacji, trochę pracy twórczej i odpoczynku. Wbrew pozorom takie uporządkowanie ...

Czy naprawdę musimy to kupić? Przedświąteczna lektura Marty Sapały

Grudzień ma w sobie coś z nieustannego pośpiechu. Galerie handlowe pękają w szwach, skrzynki mailowe uginają się od „ostatnich okazji”, a lista prezentów do kupienia zdaje się żyć własnym życiem. Właśnie ten przedświąteczny szum sprawił, że wróciłam do książki Marty Sapały „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” . Nie z ciekawości, ale z potrzeby – zatrzymania się i sprawdzenia, dlaczego właściwie znowu kupujemy więcej, szybciej i często bezrefleksyjnie. To nie jest poradnik o tym, jak żyć lepiej, oszczędniej czy bardziej „eko”. To nie kolejna lista polecanych gadżetów dla minimalistów ani książka, która obiecuje, że wystarczy wyrzucić połowę rzeczy, by poczuć ulgę. „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” to przede wszystkim dziennik – zapis rocznego eksperymentu kilkunastu gospodarstw domowych z całej Polski, które postanowiły kupować wyłącznie to, co naprawdę niezbędne. Punktem wyjścia jest proste, ale niewygodne pytanie: czy wszystko, co kupujemy, naprawdę musimy posiadać? A w...