Przejdź do głównej zawartości

Jak zrobić świecę sojową w naczyniu z odzysk

 

Jak zrobić świecę sojową w naczyniu z odzysku

Uwielbiam tworzyć coś z niczego – rzeczy, które już mam w domu, zyskują nowe życie i przy okazji tworzą przytulny klimat. Jednym z moich ulubionych projektów DIY są świece sojowe w naczyniach z odzysku. To nie tylko ekologiczny pomysł, ale też świetny sposób na relaks i odrobinę kreatywnej zabawy.
Na początku robiłam je wyłącznie dla siebie – z potrzeby stworzenia czegoś naturalnego i ładnego do domu. Z czasem to hobby przerodziło się w mały, rozwijający się biznes, w którym tworzę świece w naczyniach z odzysku. Często wykorzystuję szklane butelki, które tnę, obrabiam i zamieniam w piękne świece – każda z nich jest inna i ma swoją historię.

Co będzie Ci potrzebne:

  • Naczynie z odzysku – wybierz takie, które bez problemu wytrzyma wysoką temperaturę, np. szklany słoik, porcelanową filiżankę, grubą szklaneczkę lub małe ceramiczne naczynie.

  • Wosk sojowy z przeznaczeniem do świec zalewowych – najlepszy będzie wosk sojowy Y50, który idealnie sprawdza się w domowych warunkach. Topi się równomiernie, jest łatwy w użyciu i pozwala uzyskać gładką powierzchnię świecy.

  • Knot – bawełniany lub drewniany, dopasowany do szerokości naczynia.

  • Olej zapachowy przeznaczony do świec – ja swoje zapachy kupuję w firmie Aspol, mają szeroki wybór i naprawdę piękne kompozycje zapachowe.

  • Termometr, naczynie do topienia wosku, patyczek lub klamerka do utrzymania knota w pionie.

Dlaczego wosk sojowy?

Wosk sojowy to naturalna, roślinna alternatywa dla parafiny.
W przeciwieństwie do niej:

  • nie wydziela toksyn ani sadzy podczas spalania,

  • pali się dłużej i chłodniej, dzięki czemu świeca wystarcza na więcej wieczorów,

  • ma doskonałe właściwości zapachowe – powoli i równomiernie uwalnia aromat,

  • jest biodegradowalny i przyjazny dla środowiska,

  • łatwo się czyści – resztki wosku można zmyć ciepłą wodą z mydłem.

To dlatego tak wiele osób, w tym ja, wybiera wosk sojowy do świec zalewowych. Jest prosty w użyciu i daje piękny, naturalny efekt.

Krok po kroku:

  1. Przygotuj naczynie – umyj, osusz i wklej knot dokładnie na środku dna (użyj kleju do knotów lub kropli roztopionego wosku).

  2. Rozpuść wosk w kąpieli wodnej – powoli, aż osiągnie ok. 70–80°C.

  3. Dodaj zapach – gdy wosk ostygnie do ok. 60°C, dodaj 6–10% olejku zapachowego (w zależności od intensywności, jaką chcesz uzyskać). Delikatnie wymieszaj.

  4. Zalej naczynie – rób to powoli, by uniknąć pęcherzyków powietrza.

  5. Zostaw do wystygnięcia – najlepiej w temperaturze pokojowej, z dala od przeciągów. Knot możesz ustabilizować, opierając go o patyczek lub klamerkę.

  6. Przytnij knot do długości ok. 0,5–1 cm. Twoja świeca jest gotowa!

Dodatkowe wskazówki:

  • Świeca najlepiej pachnie po kilku dniach „dojrzewania” – zapach wtedy się stabilizuje i równomiernie rozchodzi podczas palenia.

  • Możesz ozdobić powierzchnię świecy suszonymi kwiatami, płatkami róż lub ziołami, ale pamiętaj, by nie przesadzić – wosk powinien palić się bezpiecznie.

  • Wosk sojowy pali się nawet o 30–50% dłużej niż parafina, więc to idealny wybór do świec zapachowych.

Tworzenie świec w naczyniach z odzysku to dla mnie coś więcej niż rękodzieło – to sposób na nadanie nowego życia rzeczom, które inni uznaliby za niepotrzebne. Każda świeca ma swój charakter i opowiada historię – o prostocie, naturze i małych przyjemnościach codzienności. 🌿🕯️

Jeśli chcesz zobaczyć moje prace, zapraszam na mój Instagram @lisiwosk_swiecesojowe oraz do mojego sklepu na Etsy: lisiwoskswiecesojowe.etsy.com – znajdziesz tam moje autorskie świece w naczyniach z odzysku.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rok, którego nie da się łatwo podsumować

 Pewnie za chwilę internet zaleje fala podsumowań roku 2025. Sukcesy, liczby, checklisty zrealizowanych celów, zdjęcia, które mają udowodnić, że to był „dobry rok”. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy w ogóle jest sens robić własne podsumowanie. Bo jak podsumować rok, który był tak bardzo niestabilny? 2025 był dla mnie sinusoidą emocji. Od chwil euforii, w których naprawdę chciało się żyć, po momenty ciężkie, depresyjne, takie, w których jedynym celem dnia było po prostu przetrwać. Były momenty piękne — prawdziwe, jasne, zostające w pamięci na długo. Ale prawda jest taka, że większość tego roku była walką. Cichą, codzienną, często niewidoczną dla innych. Hasłem, które trzymało mnie w pionie, było jedno zdanie: wszystko jest po coś . Nawet jeśli jeszcze nie wiemy po co. Nawet jeśli w danym momencie brzmi to jak tania pociecha. Powtarzałem je sobie wtedy, gdy wydarzenia wydawały się kompletnie irracjonalne, jak koszmar, z którego nie da się obudzić. I choć do dziś nie potrafię ...

Październikowe zatrzymanie – jak kontuzja nauczyła mnie spokoju, uważności i wdzięczności

Październik miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być aktywny, pełen planów, ruchu i przygotowań do jesieni. Tymczasem los postanowił inaczej i już od początku miesiąca jestem unieruchomiona z powodu naderwanego więzadła.  Większość moich październikowych planów poszła w pizdu, ale postanowiłam nie załamywać rąk i spróbować obrócić tę sytuację w coś pozytywnego. Skoro nie mogę się ruszać, to mogę się zatrzymać – dosłownie i w przenośni.  Zaczęłam nadrabiać książki, które od dawna czekały na swoją kolej, szczególnie te potrzebne podczas kursu nauczycielskiego jogi, który zaczynam już w listopadzie.  To trochę zabawne, że kiedy w końcu mam czas na naukę i refleksję, to ciało mówi „stop”, a głowa – pierwszy raz od dawna – zaczyna się wyciszać. Spisałam plan dnia i naprawdę się go trzymam, bo przecież teraz nic mi go nie zaburza.  Każdy dzień wygląda podobnie – herbata, lektura, chwila medytacji, trochę pracy twórczej i odpoczynku. Wbrew pozorom takie uporządkowanie ...

Czy naprawdę musimy to kupić? Przedświąteczna lektura Marty Sapały

Grudzień ma w sobie coś z nieustannego pośpiechu. Galerie handlowe pękają w szwach, skrzynki mailowe uginają się od „ostatnich okazji”, a lista prezentów do kupienia zdaje się żyć własnym życiem. Właśnie ten przedświąteczny szum sprawił, że wróciłam do książki Marty Sapały „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” . Nie z ciekawości, ale z potrzeby – zatrzymania się i sprawdzenia, dlaczego właściwie znowu kupujemy więcej, szybciej i często bezrefleksyjnie. To nie jest poradnik o tym, jak żyć lepiej, oszczędniej czy bardziej „eko”. To nie kolejna lista polecanych gadżetów dla minimalistów ani książka, która obiecuje, że wystarczy wyrzucić połowę rzeczy, by poczuć ulgę. „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” to przede wszystkim dziennik – zapis rocznego eksperymentu kilkunastu gospodarstw domowych z całej Polski, które postanowiły kupować wyłącznie to, co naprawdę niezbędne. Punktem wyjścia jest proste, ale niewygodne pytanie: czy wszystko, co kupujemy, naprawdę musimy posiadać? A w...