
I mamy grudzień. Plan napięty jak guma w gaciach, a w głowie jedna myśl: „byle do 24 grudnia…”. Powtarzam to sobie jak mantrę, choć dobrze wiem, że po świętach znowu będzie „byle do…” — byle do ferii, byle do wiosny, byle do wakacji, byle do czegoś.
I tak można przeżyć całe życie – od „byle do” do kolejnego „byle do”.
Ale jak przestać? Jak się zatrzymać? Jak poczuć tu i teraz, kiedy lista zadań wygląda jak niekończący się rolkowany paragon z marketu?
Dziś pisałam pracę o trzeciej Jamie — Asteya, która mówi o niekradzeniu. I nie chodzi tu wyłącznie o zabranie komuś dóbr materialnych. To w sumie najprostsza, najbardziej oczywista warstwa.
Prawdziwe wyzwanie zaczyna się, kiedy spojrzymy na to z innej strony:
ile razy my sami siebie okradamy?
Okradamy się z czasu.
Z obecności.
Z możliwości poczucia zachwytu nad zwykłą chwilą.
Z bycia tu, dokładnie teraz.
Zamiast żyć — planujemy.
Zamiast oddychać — zamartwiamy się przyszłością.
Zamiast doświadczać — rozgrzebujemy to, co było.
A grudzień jest pod tym względem bezlitosny: gonitwa, obowiązki, oczekiwania, presja. Wszystko na wysokich obrotach. Może więc właśnie teraz warto zadać sobie pytanie:
Z czego dziś siebie okradam?
I co mogę zrobić, żeby choć na chwilę przestać?
Może wystarczy pięć minut z herbatą bez telefonu.
Może krótki spacer bez planu.
Może jedno świadome „nie” w kalendarzu.
Asteya przypomina: nie zabieraj sobie życia, które toczy się w tej chwili.
Bo tu i teraz nie wróci — a szkoda byłoby przegapić je tylko dlatego, że znowu gonimy do tego magicznego „byle do…”.
Może w tym roku spróbujemy inaczej?
Bez kradzieży.
Z obecnością.
I z grudniem, który nie musi być wyścigiem.
Komentarze
Prześlij komentarz