Przejdź do głównej zawartości

Aparigraha – droga do prostoty, która przyszła naturalnie

 

Od kilku dobrych lat zauważam, że moje życie stopniowo się upraszcza. Nie był to nagły zwrot ani świadoma decyzja podjęta z dnia na dzień. To raczej proces, który działo się we mnie cicho, naturalnie, bez presji. Z czasem zaczęłam rezygnować z nadmiaru rzeczy, ograniczać zakupy, przestawać gromadzić „na wszelki wypadek”. Coraz mniej przedmiotów zaczęło mieć dla mnie realne znaczenie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to, co robię intuicyjnie, w jodze nazywa się aparigraha.

Aparigraha to jedna z jam — zasad etycznych, które stanowią fundament praktyki jogi. Najczęściej tłumaczy się ją jako nieposiadanie, nieprzywiązywanie się, brak chciwości. Dla mnie jednak nie oznacza ona wyrzeczenia czy surowej ascezy. To raczej świadomy wybór prostoty i uważności. Dziś mogę śmiało powiedzieć, że praktykuję aparigrahę w codziennym życiu, nawet jeśli przez długi czas nie byłam tego świadoma.

Minimalizm stał się dla mnie nie tylko porządkowaniem przestrzeni, ale przede wszystkim porządkowaniem siebie. Im mniej rzeczy mnie otacza, tym więcej przestrzeni pojawia się wewnątrz. Znika potrzeba ciągłego kontrolowania, posiadania, zabezpieczania się na przyszłość poprzez przedmioty. Zamiast tego pojawia się zaufanie — do życia, do ludzi, do tego, że „wystarczy” naprawdę znaczy wystarczy.

Zauważyłam też, że im mniej rzeczy posiadam, tym więcej uwagi mogę poświęcić temu, co niewidoczne, ale znacznie ważniejsze. Relacjom z ludźmi, rozmowom bez pośpiechu, wspólnemu milczeniu, obecności. Zamiast kolejnych przedmiotów zaczęłam kolekcjonować chwile, emocje, doświadczenia. Uczę się być bliżej uczuć — zarówno tych łatwych, jak i trudnych. Aparigraha uczy mnie nie tylko puszczania rzeczy, ale także puszczania oczekiwań, schematów i starych historii.

Ta droga nie zawsze jest prosta. Czasem pojawia się lęk: czy nie rezygnuję zbyt wiele? Czy nie odbieram sobie poczucia bezpieczeństwa? Jednak za każdym razem, gdy wracam do prostoty, czuję lekkość. Czuję, że mniej znaczy więcej. Że prawdziwe bogactwo nie mieści się w szafach ani na półkach, ale w relacjach, w sercu, w autentycznym przeżywaniu życia.

Dziś minimalizm nie jest już dla mnie modą ani projektem do zrealizowania. Stał się sposobem bycia. Aparigraha przenika moje codzienne wybory — to, co kupuję, co zatrzymuję, z czego rezygnuję. To także sposób, w jaki wchodzę w relacje i jak pozwalam rzeczom oraz ludziom przychodzić i odchodzić.

Posiadanie mniej rzeczy dało mi więcej przestrzeni na człowieczeństwo. Na bliskość, empatię, wdzięczność. I choć nadal jestem w drodze, wiem jedno: aparigraha nie zabiera — ona oddaje. Oddaje czas, uwagę i wolność, których wcześniej nawet nie zauważałam.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rok, którego nie da się łatwo podsumować

 Pewnie za chwilę internet zaleje fala podsumowań roku 2025. Sukcesy, liczby, checklisty zrealizowanych celów, zdjęcia, które mają udowodnić, że to był „dobry rok”. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy w ogóle jest sens robić własne podsumowanie. Bo jak podsumować rok, który był tak bardzo niestabilny? 2025 był dla mnie sinusoidą emocji. Od chwil euforii, w których naprawdę chciało się żyć, po momenty ciężkie, depresyjne, takie, w których jedynym celem dnia było po prostu przetrwać. Były momenty piękne — prawdziwe, jasne, zostające w pamięci na długo. Ale prawda jest taka, że większość tego roku była walką. Cichą, codzienną, często niewidoczną dla innych. Hasłem, które trzymało mnie w pionie, było jedno zdanie: wszystko jest po coś . Nawet jeśli jeszcze nie wiemy po co. Nawet jeśli w danym momencie brzmi to jak tania pociecha. Powtarzałem je sobie wtedy, gdy wydarzenia wydawały się kompletnie irracjonalne, jak koszmar, z którego nie da się obudzić. I choć do dziś nie potrafię ...

Październikowe zatrzymanie – jak kontuzja nauczyła mnie spokoju, uważności i wdzięczności

Październik miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być aktywny, pełen planów, ruchu i przygotowań do jesieni. Tymczasem los postanowił inaczej i już od początku miesiąca jestem unieruchomiona z powodu naderwanego więzadła.  Większość moich październikowych planów poszła w pizdu, ale postanowiłam nie załamywać rąk i spróbować obrócić tę sytuację w coś pozytywnego. Skoro nie mogę się ruszać, to mogę się zatrzymać – dosłownie i w przenośni.  Zaczęłam nadrabiać książki, które od dawna czekały na swoją kolej, szczególnie te potrzebne podczas kursu nauczycielskiego jogi, który zaczynam już w listopadzie.  To trochę zabawne, że kiedy w końcu mam czas na naukę i refleksję, to ciało mówi „stop”, a głowa – pierwszy raz od dawna – zaczyna się wyciszać. Spisałam plan dnia i naprawdę się go trzymam, bo przecież teraz nic mi go nie zaburza.  Każdy dzień wygląda podobnie – herbata, lektura, chwila medytacji, trochę pracy twórczej i odpoczynku. Wbrew pozorom takie uporządkowanie ...

Czy naprawdę musimy to kupić? Przedświąteczna lektura Marty Sapały

Grudzień ma w sobie coś z nieustannego pośpiechu. Galerie handlowe pękają w szwach, skrzynki mailowe uginają się od „ostatnich okazji”, a lista prezentów do kupienia zdaje się żyć własnym życiem. Właśnie ten przedświąteczny szum sprawił, że wróciłam do książki Marty Sapały „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” . Nie z ciekawości, ale z potrzeby – zatrzymania się i sprawdzenia, dlaczego właściwie znowu kupujemy więcej, szybciej i często bezrefleksyjnie. To nie jest poradnik o tym, jak żyć lepiej, oszczędniej czy bardziej „eko”. To nie kolejna lista polecanych gadżetów dla minimalistów ani książka, która obiecuje, że wystarczy wyrzucić połowę rzeczy, by poczuć ulgę. „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” to przede wszystkim dziennik – zapis rocznego eksperymentu kilkunastu gospodarstw domowych z całej Polski, które postanowiły kupować wyłącznie to, co naprawdę niezbędne. Punktem wyjścia jest proste, ale niewygodne pytanie: czy wszystko, co kupujemy, naprawdę musimy posiadać? A w...