Przejdź do głównej zawartości

Brahmacarya – cicha sztuka kierowania własną energią

 



Brahmacarya nie jest dla mnie słowem z odległych nauk ani duchowym nakazem, który należałoby rozumieć dosłownie. W moim kobiecym, wolnościowym doświadczeniu to raczej zaproszenie do subtelnego, ciepłego spotkania z własną energią – tą najbardziej pierwotną, twórczą, żywą. To jak powrót do źródła, które pulsuje tuż pod skórą, przypominając, że mogę sama decydować, gdzie ta energia popłynie. Kiedy myślę o brahmacaryi, widzę delikatny ruch: od rozproszenia do skupienia, od automatycznego reagowania do świadomego czucia. To moment, w którym zatrzymuję się i pytam siebie: czy to, w czym jestem, mnie karmi? Czy to, na co patrzę, do czego lgnę, z kim przebywam, wzmacnia moje światło, czy raczej je osłabia?

W takim rozumieniu brahmacarya nie ma nic wspólnego z tłumieniem pragnień czy wstydzeniem się własnej zmysłowości. Przeciwnie — to zaproszenie do intymnej, szczerej rozmowy z własnym pożądaniem, które samo w sobie jest neutralne, piękne, niewinne. To energia twórcza, która chce płynąć w miejsca, gdzie może zakwitnąć, a nie w te, które ją wypłukują.

Jest w tym dużo czułości. Dużo zgody na to, że mogę być pełna namiętności i jednocześnie spokojna. Że mogę wybierać, komu i czemu oddaję swoją moc. Że moje ciało ma swoją mądrość — miękką, organiczną, wrażliwą. I że za każdym razem, kiedy go słucham, wracam do siebie trochę bardziej.

Brahmacarya w praktyce jest więc prosta, choć nie zawsze łatwa. To świadome „tak” tam, gdzie czuję rozkwit. I równie świadome „nie” tam, gdzie czuję kurczenie się. To umiejętność kochania bez tracenia siebie, pragnienia bez gubienia równowagi, działania bez wypalania się. To elegancja w zarządzaniu własną energią — delikatna, ale stanowcza.

Dla mnie brahmacarya jest jak wewnętrzna latarnia: przypomina, że moja energia jest wartością. Że nie muszę jej rozrzucać w pośpiechu, z przyzwyczajenia, z lęku. Mogę wybierać. Mogę trzymać ją blisko serca. Mogę oddawać ją temu, co mnie otwiera i co jest zgodne z moją prawdą.

W tym wszystkim najbardziej kocham jedno: że brahmacarya nie ogranicza. Ona uwalnia.
Uczy mnie żyć z miejsca głębokiej obecności, a nie z automatu. Być pełną, a nie pustą.
I wracać — nieustannie, czule — do własnego światła.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rok, którego nie da się łatwo podsumować

 Pewnie za chwilę internet zaleje fala podsumowań roku 2025. Sukcesy, liczby, checklisty zrealizowanych celów, zdjęcia, które mają udowodnić, że to był „dobry rok”. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy w ogóle jest sens robić własne podsumowanie. Bo jak podsumować rok, który był tak bardzo niestabilny? 2025 był dla mnie sinusoidą emocji. Od chwil euforii, w których naprawdę chciało się żyć, po momenty ciężkie, depresyjne, takie, w których jedynym celem dnia było po prostu przetrwać. Były momenty piękne — prawdziwe, jasne, zostające w pamięci na długo. Ale prawda jest taka, że większość tego roku była walką. Cichą, codzienną, często niewidoczną dla innych. Hasłem, które trzymało mnie w pionie, było jedno zdanie: wszystko jest po coś . Nawet jeśli jeszcze nie wiemy po co. Nawet jeśli w danym momencie brzmi to jak tania pociecha. Powtarzałem je sobie wtedy, gdy wydarzenia wydawały się kompletnie irracjonalne, jak koszmar, z którego nie da się obudzić. I choć do dziś nie potrafię ...

Październikowe zatrzymanie – jak kontuzja nauczyła mnie spokoju, uważności i wdzięczności

Październik miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być aktywny, pełen planów, ruchu i przygotowań do jesieni. Tymczasem los postanowił inaczej i już od początku miesiąca jestem unieruchomiona z powodu naderwanego więzadła.  Większość moich październikowych planów poszła w pizdu, ale postanowiłam nie załamywać rąk i spróbować obrócić tę sytuację w coś pozytywnego. Skoro nie mogę się ruszać, to mogę się zatrzymać – dosłownie i w przenośni.  Zaczęłam nadrabiać książki, które od dawna czekały na swoją kolej, szczególnie te potrzebne podczas kursu nauczycielskiego jogi, który zaczynam już w listopadzie.  To trochę zabawne, że kiedy w końcu mam czas na naukę i refleksję, to ciało mówi „stop”, a głowa – pierwszy raz od dawna – zaczyna się wyciszać. Spisałam plan dnia i naprawdę się go trzymam, bo przecież teraz nic mi go nie zaburza.  Każdy dzień wygląda podobnie – herbata, lektura, chwila medytacji, trochę pracy twórczej i odpoczynku. Wbrew pozorom takie uporządkowanie ...

Czy naprawdę musimy to kupić? Przedświąteczna lektura Marty Sapały

Grudzień ma w sobie coś z nieustannego pośpiechu. Galerie handlowe pękają w szwach, skrzynki mailowe uginają się od „ostatnich okazji”, a lista prezentów do kupienia zdaje się żyć własnym życiem. Właśnie ten przedświąteczny szum sprawił, że wróciłam do książki Marty Sapały „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” . Nie z ciekawości, ale z potrzeby – zatrzymania się i sprawdzenia, dlaczego właściwie znowu kupujemy więcej, szybciej i często bezrefleksyjnie. To nie jest poradnik o tym, jak żyć lepiej, oszczędniej czy bardziej „eko”. To nie kolejna lista polecanych gadżetów dla minimalistów ani książka, która obiecuje, że wystarczy wyrzucić połowę rzeczy, by poczuć ulgę. „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” to przede wszystkim dziennik – zapis rocznego eksperymentu kilkunastu gospodarstw domowych z całej Polski, które postanowiły kupować wyłącznie to, co naprawdę niezbędne. Punktem wyjścia jest proste, ale niewygodne pytanie: czy wszystko, co kupujemy, naprawdę musimy posiadać? A w...