Przejdź do głównej zawartości

Czym są Jamy w Jodze – kilka osobistych refleksji z codziennej praktyki

 

Przez długi czas joga kojarzyła mi się głównie z matą, ruchem i oddechem. Z czasem jednak coraz wyraźniej zaczęłam czuć, że to, co najważniejsze, dzieje się poza praktyką fizyczną — w relacjach, w wyborach, w sposobie, w jaki żyję na co dzień. Właśnie tam spotkałam jamy.

Nie przyszły do mnie jako teoria ani zbiór zasad do odhaczenia. Raczej jako ciche pytania: jak traktuję siebie? jak odnoszę się do innych? czego tak naprawdę potrzebuję? Dopiero później dowiedziałam się, że te pytania od wieków mają swoje miejsce w filozofii jogi.

Jamy to pięć prostych, a jednocześnie bardzo wymagających wskazówek dotyczących życia w świecie. Nie mówią, co „musimy”, ale zapraszają do większej uważności. I choć pochodzą z dawnych tekstów, dla mnie są niezwykle współczesne.

Ahimsa przyszła do mnie jako pierwsza. Nie jako wielkie hasło o niekrzywdzeniu świata, ale jako nauka łagodności wobec siebie. Zrozumiałam, jak często byłam dla siebie surowa — w myślach, ocenach, oczekiwaniach. Z czasem ahimsa zaczęła oznaczać zgodę na odpoczynek, na wolniejsze tempo, na bycie niedoskonałą.

Satya to dla mnie szczerość, która zaczyna się w środku. Coraz częściej pytam siebie, czy żyję w zgodzie z tym, co czuję. Czy moje decyzje naprawdę są moje, czy tylko spełniają cudze oczekiwania. Satya bywa niewygodna, ale daje ogromną ulgę — bo przestaję udawać.

Asteya uczy mnie szacunku do granic. Nie tylko cudzych, ale też własnych. To rezygnacja z nadmiernego brania — uwagi, energii, czasu. Zauważam, że im mniej próbuję coś sobie „zabrać” lub wymusić, tym więcej pojawia się naturalnie.

Brahmacharya rozumiem dziś jako uważne zarządzanie energią. Coraz częściej wybieram mniej, ale świadomiej. Zamiast nadmiaru bodźców — ciszę. Zamiast ciągłego działania — regenerację. To praktyka równowagi, która bardzo mnie uspokaja.

Aparigraha to jama, którą praktykowałam długo, zanim poznałam jej nazwę. Minimalizm, odpuszczanie rzeczy, upraszczanie życia przyszły do mnie naturalnie. Z czasem zauważyłam, że im mniej posiadam, tym więcej mam przestrzeni na ludzi, emocje i prawdziwe doświadczenia. Aparigraha nie zabiera — ona oddaje.

Dziś jamy nie są dla mnie listą zasad. Są procesem. Czasem wracam do nich świadomie, a czasem po prostu zauważam, że żyję nimi intuicyjnie. To delikatna praktyka codzienności — w rozmowach, wyborach, relacjach.

Joga zaczyna się dużo wcześniej niż na macie. Zaczyna się w tym, jak żyjemy. A jamy są cichym przypomnieniem, że prostota, uważność i prawda naprawdę wystarczą.

 


 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rok, którego nie da się łatwo podsumować

 Pewnie za chwilę internet zaleje fala podsumowań roku 2025. Sukcesy, liczby, checklisty zrealizowanych celów, zdjęcia, które mają udowodnić, że to był „dobry rok”. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy w ogóle jest sens robić własne podsumowanie. Bo jak podsumować rok, który był tak bardzo niestabilny? 2025 był dla mnie sinusoidą emocji. Od chwil euforii, w których naprawdę chciało się żyć, po momenty ciężkie, depresyjne, takie, w których jedynym celem dnia było po prostu przetrwać. Były momenty piękne — prawdziwe, jasne, zostające w pamięci na długo. Ale prawda jest taka, że większość tego roku była walką. Cichą, codzienną, często niewidoczną dla innych. Hasłem, które trzymało mnie w pionie, było jedno zdanie: wszystko jest po coś . Nawet jeśli jeszcze nie wiemy po co. Nawet jeśli w danym momencie brzmi to jak tania pociecha. Powtarzałem je sobie wtedy, gdy wydarzenia wydawały się kompletnie irracjonalne, jak koszmar, z którego nie da się obudzić. I choć do dziś nie potrafię ...

Październikowe zatrzymanie – jak kontuzja nauczyła mnie spokoju, uważności i wdzięczności

Październik miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być aktywny, pełen planów, ruchu i przygotowań do jesieni. Tymczasem los postanowił inaczej i już od początku miesiąca jestem unieruchomiona z powodu naderwanego więzadła.  Większość moich październikowych planów poszła w pizdu, ale postanowiłam nie załamywać rąk i spróbować obrócić tę sytuację w coś pozytywnego. Skoro nie mogę się ruszać, to mogę się zatrzymać – dosłownie i w przenośni.  Zaczęłam nadrabiać książki, które od dawna czekały na swoją kolej, szczególnie te potrzebne podczas kursu nauczycielskiego jogi, który zaczynam już w listopadzie.  To trochę zabawne, że kiedy w końcu mam czas na naukę i refleksję, to ciało mówi „stop”, a głowa – pierwszy raz od dawna – zaczyna się wyciszać. Spisałam plan dnia i naprawdę się go trzymam, bo przecież teraz nic mi go nie zaburza.  Każdy dzień wygląda podobnie – herbata, lektura, chwila medytacji, trochę pracy twórczej i odpoczynku. Wbrew pozorom takie uporządkowanie ...

Czy naprawdę musimy to kupić? Przedświąteczna lektura Marty Sapały

Grudzień ma w sobie coś z nieustannego pośpiechu. Galerie handlowe pękają w szwach, skrzynki mailowe uginają się od „ostatnich okazji”, a lista prezentów do kupienia zdaje się żyć własnym życiem. Właśnie ten przedświąteczny szum sprawił, że wróciłam do książki Marty Sapały „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” . Nie z ciekawości, ale z potrzeby – zatrzymania się i sprawdzenia, dlaczego właściwie znowu kupujemy więcej, szybciej i często bezrefleksyjnie. To nie jest poradnik o tym, jak żyć lepiej, oszczędniej czy bardziej „eko”. To nie kolejna lista polecanych gadżetów dla minimalistów ani książka, która obiecuje, że wystarczy wyrzucić połowę rzeczy, by poczuć ulgę. „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” to przede wszystkim dziennik – zapis rocznego eksperymentu kilkunastu gospodarstw domowych z całej Polski, które postanowiły kupować wyłącznie to, co naprawdę niezbędne. Punktem wyjścia jest proste, ale niewygodne pytanie: czy wszystko, co kupujemy, naprawdę musimy posiadać? A w...