Przejdź do głównej zawartości

Moksza – wolność rozumiana głęboko

 

Moksza w tradycji jest najwyższym celem życia duchowego: wyzwoleniem z cyklu narodzin i śmierci, zakończeniem karmicznych zależności, przekroczeniem ograniczeń, które wiążą człowieka z jego historią, lękami i nieświadomością. W klasycznych tekstach opisuje się ją jako pełne rozpoznanie własnej natury i uwolnienie od tego, co zmienne, nietrwałe, zbudowane na iluzji. Jednak moksza nie jest wyłącznie abstrakcyjną obietnicą ani ideą odległą od codziennego doświadczenia. To stan, który zaczyna się znacznie bliżej – w sposobie, w jaki patrzysz na siebie i swoje życie. To wolność, która rodzi się nie przez spektakularne wydarzenia, lecz przez trzeźwość i jasność, które pojawiają się, gdy przestajesz reagować z nawyku.

Moksza to moment, w którym zauważasz, że coś w Tobie przestaje być sterowane lękiem. Że opinie innych nie mają już tej samej mocy. Że stajesz się mniej podatna na presję, na dramaty, na własne stare schematy. Przeszłość przestaje Cię prowadzić, a przyszłość przestaje niepokoić. Nie dlatego, że stajesz się obojętna, ale dlatego, że zaczynasz mieć w sobie więcej przestrzeni. Emocje nadal się pojawiają, ale nie przejmują kontroli. Myśli nadal przepływają, ale nie przyklejają się do Ciebie. Pragnienia są obecne, ale nie determinują wyborów. Wolność nie manifestuje się tutaj jako ekscytacja, ale jako spokojna przejrzystość.

W codziennym życiu moksza staje się widoczna w drobnych, lecz fundamentalnych decyzjach: kiedy przestajesz działać tylko dlatego, że tak robiłaś przez lata; kiedy rezygnujesz z ról, które Cię definiowały, lecz już nie służą; kiedy wybierasz prostotę nie z wyrzeczenia, ale z jasności, co jest naprawdę Twoje; kiedy widzisz, że nie musisz już udowadniać swojej wartości, bo przestaje ona zależeć od zewnętrznych ocen. To nie jest ucieczka od świata, lecz nowe uczestnictwo w nim – dojrzalsze, stabilniejsze, spokojniejsze. Działasz, ale inaczej. Reagujesz, ale świadomie. Jesteś obecna bez poczucia, że cokolwiek musisz.

W duchowej perspektywie moksza oznacza wyjście poza ego, poza to, co chwilowe i podatne na zmianę. W ludzkiej, współczesnej perspektywie jest doświadczeniem, w którym przestajesz opierać swoją tożsamość na opiniach, rezultatach, rolach czy oczekiwaniach. Znika napięcie związane z ciągłą potrzebą kontroli, a pojawia się poczucie, że to, co naprawdę ważne, nie może zostać Ci odebrane. Moksza nie wymaga spektakularnych przeżyć ani duchowych deklaracji. Jest cichym, ale wyraźnym przejściem od przymusu do wolnej decyzji, od ciężaru historii do jasności, w której zaczynasz żyć bardziej w zgodzie ze sobą niż z własnym strachem.

To wolność, która nie musi być dramatyczna, by była prawdziwa. Wolność dojrzewająca powoli, stabilna, konkretna. Wolność, która nie oddziela od świata, ale pozwala w nim istnieć w sposób bardziej świadomy, niezależny i wewnętrznie spójny.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rok, którego nie da się łatwo podsumować

 Pewnie za chwilę internet zaleje fala podsumowań roku 2025. Sukcesy, liczby, checklisty zrealizowanych celów, zdjęcia, które mają udowodnić, że to był „dobry rok”. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy w ogóle jest sens robić własne podsumowanie. Bo jak podsumować rok, który był tak bardzo niestabilny? 2025 był dla mnie sinusoidą emocji. Od chwil euforii, w których naprawdę chciało się żyć, po momenty ciężkie, depresyjne, takie, w których jedynym celem dnia było po prostu przetrwać. Były momenty piękne — prawdziwe, jasne, zostające w pamięci na długo. Ale prawda jest taka, że większość tego roku była walką. Cichą, codzienną, często niewidoczną dla innych. Hasłem, które trzymało mnie w pionie, było jedno zdanie: wszystko jest po coś . Nawet jeśli jeszcze nie wiemy po co. Nawet jeśli w danym momencie brzmi to jak tania pociecha. Powtarzałem je sobie wtedy, gdy wydarzenia wydawały się kompletnie irracjonalne, jak koszmar, z którego nie da się obudzić. I choć do dziś nie potrafię ...

Październikowe zatrzymanie – jak kontuzja nauczyła mnie spokoju, uważności i wdzięczności

Październik miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być aktywny, pełen planów, ruchu i przygotowań do jesieni. Tymczasem los postanowił inaczej i już od początku miesiąca jestem unieruchomiona z powodu naderwanego więzadła.  Większość moich październikowych planów poszła w pizdu, ale postanowiłam nie załamywać rąk i spróbować obrócić tę sytuację w coś pozytywnego. Skoro nie mogę się ruszać, to mogę się zatrzymać – dosłownie i w przenośni.  Zaczęłam nadrabiać książki, które od dawna czekały na swoją kolej, szczególnie te potrzebne podczas kursu nauczycielskiego jogi, który zaczynam już w listopadzie.  To trochę zabawne, że kiedy w końcu mam czas na naukę i refleksję, to ciało mówi „stop”, a głowa – pierwszy raz od dawna – zaczyna się wyciszać. Spisałam plan dnia i naprawdę się go trzymam, bo przecież teraz nic mi go nie zaburza.  Każdy dzień wygląda podobnie – herbata, lektura, chwila medytacji, trochę pracy twórczej i odpoczynku. Wbrew pozorom takie uporządkowanie ...

Czy naprawdę musimy to kupić? Przedświąteczna lektura Marty Sapały

Grudzień ma w sobie coś z nieustannego pośpiechu. Galerie handlowe pękają w szwach, skrzynki mailowe uginają się od „ostatnich okazji”, a lista prezentów do kupienia zdaje się żyć własnym życiem. Właśnie ten przedświąteczny szum sprawił, że wróciłam do książki Marty Sapały „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” . Nie z ciekawości, ale z potrzeby – zatrzymania się i sprawdzenia, dlaczego właściwie znowu kupujemy więcej, szybciej i często bezrefleksyjnie. To nie jest poradnik o tym, jak żyć lepiej, oszczędniej czy bardziej „eko”. To nie kolejna lista polecanych gadżetów dla minimalistów ani książka, która obiecuje, że wystarczy wyrzucić połowę rzeczy, by poczuć ulgę. „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” to przede wszystkim dziennik – zapis rocznego eksperymentu kilkunastu gospodarstw domowych z całej Polski, które postanowiły kupować wyłącznie to, co naprawdę niezbędne. Punktem wyjścia jest proste, ale niewygodne pytanie: czy wszystko, co kupujemy, naprawdę musimy posiadać? A w...