Przejdź do głównej zawartości

Nowy rok, który wcale nie jest nowy (przynajmniej dla mnie)

 

Za chwilę nowy rok. Kalendarz się przewróci, wszyscy odpalą tryb „podsumowanie”, a ja znów będę się zastanawiać, czemu my to sobie robimy właśnie teraz.

Zaraz zacznie się liczenie: co osiągnęłam, czego nie, co „powinnam była”. Tabelki w głowie, wewnętrzny audyt. Tylko że szczerze? Jeśli ktoś po prostu przetrwał ten rok, to już jest sukces. Bez gwiazdek. Bez dopisków.

Potem wjeżdżają postanowienia noworoczne.
„Nowy rok – nowa ja”.
Siłownie pękające w szwach, sale fitness zapchane ludźmi z nagłym przypływem ambicji. I ja zawsze mam jedno pytanie: na jak długo starczy wam energii i samodyscypliny? Bo zima raczej nie sprzyja byciu najlepszą wersją siebie. Ona sprzyja byciu zmęczoną wersją siebie w grubym swetrze.

Dla mnie to w ogóle nie jest początek. To środek zimy. Natura wtedy nie robi rewolucji, tylko leży pod kocem (gdyby mogła). Więc czemu ja mam nagle wszystko zmieniać? Ciemno, zimno, organizm chce spać, a nie „działać”.

Dlatego ja na początku roku robię rzeczy zupełnie nieheroiczne. Sprzątam. To mnie serio uspokaja. Porządkuję dom, szafy, rzeczy. Jak mam porządek dookoła, to w głowie też jest trochę ciszej.

Jako osoba z ADHD jestem totalnie zadaniowa. Jak nie mam zadań, to odpływam. Ale to muszą być realne zadania, a nie jakieś motywacyjne farmazony w stylu „zmienię całe swoje życie”. Lista ma mnie uspokoić, a nie zestresować.

Więc po ogarnięciu domu i garderoby ustaliłam sobie pierwszy „cel noworoczny”: nie kupować ubrań przez minimum trzy miesiące. Patrząc na ilość łachów, które już mam — to nie jest wyzwanie życia. To raczej zdrowy rozsądek.

Drugie zadanie: wyjeść wszystko, co zalega w spiżarni. Przetwory, zapasy, rzeczy kupione „na wszelki wypadek”. I spróbować nie robić zakupów spożywczych przynajmniej przez tydzień. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, ale brzmi wykonalnie. A to dla mnie kluczowe słowo.

Nie chcę nowej siebie w styczniu.

Chcę spokojnej siebie.
Wystarczającej siebie.
Takiej, która nie zaczyna roku sprintem, tylko porządkowaniem.

Na rewolucje przyjdzie czas.
Teraz jest zima.

ilustracja: https://www.instagram.com/neo.noc/




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rok, którego nie da się łatwo podsumować

 Pewnie za chwilę internet zaleje fala podsumowań roku 2025. Sukcesy, liczby, checklisty zrealizowanych celów, zdjęcia, które mają udowodnić, że to był „dobry rok”. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy w ogóle jest sens robić własne podsumowanie. Bo jak podsumować rok, który był tak bardzo niestabilny? 2025 był dla mnie sinusoidą emocji. Od chwil euforii, w których naprawdę chciało się żyć, po momenty ciężkie, depresyjne, takie, w których jedynym celem dnia było po prostu przetrwać. Były momenty piękne — prawdziwe, jasne, zostające w pamięci na długo. Ale prawda jest taka, że większość tego roku była walką. Cichą, codzienną, często niewidoczną dla innych. Hasłem, które trzymało mnie w pionie, było jedno zdanie: wszystko jest po coś . Nawet jeśli jeszcze nie wiemy po co. Nawet jeśli w danym momencie brzmi to jak tania pociecha. Powtarzałem je sobie wtedy, gdy wydarzenia wydawały się kompletnie irracjonalne, jak koszmar, z którego nie da się obudzić. I choć do dziś nie potrafię ...

Październikowe zatrzymanie – jak kontuzja nauczyła mnie spokoju, uważności i wdzięczności

Październik miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być aktywny, pełen planów, ruchu i przygotowań do jesieni. Tymczasem los postanowił inaczej i już od początku miesiąca jestem unieruchomiona z powodu naderwanego więzadła.  Większość moich październikowych planów poszła w pizdu, ale postanowiłam nie załamywać rąk i spróbować obrócić tę sytuację w coś pozytywnego. Skoro nie mogę się ruszać, to mogę się zatrzymać – dosłownie i w przenośni.  Zaczęłam nadrabiać książki, które od dawna czekały na swoją kolej, szczególnie te potrzebne podczas kursu nauczycielskiego jogi, który zaczynam już w listopadzie.  To trochę zabawne, że kiedy w końcu mam czas na naukę i refleksję, to ciało mówi „stop”, a głowa – pierwszy raz od dawna – zaczyna się wyciszać. Spisałam plan dnia i naprawdę się go trzymam, bo przecież teraz nic mi go nie zaburza.  Każdy dzień wygląda podobnie – herbata, lektura, chwila medytacji, trochę pracy twórczej i odpoczynku. Wbrew pozorom takie uporządkowanie ...

Czy naprawdę musimy to kupić? Przedświąteczna lektura Marty Sapały

Grudzień ma w sobie coś z nieustannego pośpiechu. Galerie handlowe pękają w szwach, skrzynki mailowe uginają się od „ostatnich okazji”, a lista prezentów do kupienia zdaje się żyć własnym życiem. Właśnie ten przedświąteczny szum sprawił, że wróciłam do książki Marty Sapały „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” . Nie z ciekawości, ale z potrzeby – zatrzymania się i sprawdzenia, dlaczego właściwie znowu kupujemy więcej, szybciej i często bezrefleksyjnie. To nie jest poradnik o tym, jak żyć lepiej, oszczędniej czy bardziej „eko”. To nie kolejna lista polecanych gadżetów dla minimalistów ani książka, która obiecuje, że wystarczy wyrzucić połowę rzeczy, by poczuć ulgę. „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” to przede wszystkim dziennik – zapis rocznego eksperymentu kilkunastu gospodarstw domowych z całej Polski, które postanowiły kupować wyłącznie to, co naprawdę niezbędne. Punktem wyjścia jest proste, ale niewygodne pytanie: czy wszystko, co kupujemy, naprawdę musimy posiadać? A w...