Moja mama i babcia doskonale to wiedziały, choć nigdy nie słyszały słowa niyama, a tym bardziej Śauca. Nie znały zasad jam i nijam, nie czytały tekstów jogicznych, a jednak intuicyjnie praktykowały to, o czym one mówią. Moja mama-przed świętami wchodziła w stan niemal rytualny. Sprzątanie nie było dla niej obowiązkiem ani karą, ale ceremonią. Ruchem, który porządkuje przestrzeń i energię, przygotowuje dom na zmianę, na nowe.
Przez lata miałam wobec tego bunt. Feministyczny, głośny, trochę ironiczny. Obśmiewałam matczyne porządki jako symbol polskiego przedświątecznego obłędu i narzuconych ról. Dziś patrzę na to z innej perspektywy – z miejsca pracy z energią i uważnością. Widzę, że te rytuały miały sens, którego wtedy nie potrafiłam dostrzec.
Śauca – rozumiana jako czystość i klarowność – nie dotyczy wyłącznie jogowej maty. Ona wydarza się w ruchu rąk, w zamiataniu, w wyrzucaniu tego, co zalega, w robieniu miejsca. To praktyka przejścia: z jednego etapu w drugi. Moja mama może nie znała definicji, ale miała ją we krwi. Dziś widzę, że nosiła w sobie więcej wiedzy jogicznej, niż kiedykolwiek bym przypuszczała.
I może właśnie o to chodzi w Śauca – nie o nazwy i systemy, ale o pamięć ciała i intuicję, która wie, kiedy trzeba oczyścić przestrzeń, żeby mogło wydarzyć się coś nowego.
.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz