Przejdź do głównej zawartości

Swadhjaja – czyli jak zacząć naprawdę poznawać siebie

 Swadhjaja to jedna z tych praktyk jogi, które nie dzieją się na macie, a jednak potrafią zmienić całe życie. To samopoznanie poprzez uważną obserwację siebie – swoich myśli, emocji, reakcji i schematów, które nosimy w sobie często od lat. Nie chodzi tu o analizowanie każdego szczegółu ani o poprawianie siebie na siłę. Chodzi o zatrzymanie się i szczere zobaczenie: co ja właściwie czuję, myślę i dlaczego reaguję właśnie tak?

W codziennym biegu łatwo żyć na autopilocie. Wstajemy, działamy, reagujemy, denerwujemy się, cieszymy, martwimy – często nawet nie zauważając, co się w nas dzieje. Swadhjaja zaprasza do czegoś zupełnie innego. Do tego, by zauważyć siebie w trakcie życia, a nie dopiero wtedy, gdy coś już się rozsypie. To moment, w którym przestajesz wierzyć bezkrytycznie każdej swojej myśli i zaczynasz ją obserwować. Zamiast „taka już jestem”, pojawia się pytanie: „czy na pewno?”

Ważne jest to, że swadhjaja nie jest drogą samokrytyki. To nie jest wewnętrzny głos mówiący: „znowu zawaliłaś”, „znowu przesadziłeś”, „powinnaś być bardziej ogarnięta”. To nie rozwój, to tylko surowsza wersja oceniania siebie. Prawdziwe samopoznanie zaczyna się od łagodnego stwierdzenia faktu: „widzę, że ta sytuacja bardzo mnie poruszyła”, „widzę, że poczułam zazdrość”, „widzę, że się boję”. Bez dopisywania historii o tym, że tak nie powinno być.

Swadhjaja dzieje się w zwyczajnych momentach. Ktoś w rozmowie mówi coś niby neutralnego, a w tobie pojawia się napięcie. Może złość, może wstyd, może poczucie bycia niewystarczającą. Automatyczna reakcja to obrona albo wycofanie. Praktyka zaczyna się sekundę wcześniej – w chwili, gdy potrafisz pomyśleć: „co dokładnie mnie tu zabolało?”. Czasem odkryjesz, że to wcale nie chodzi o tę osobę, tylko o starą historię w tobie – o potrzebę uznania, o lęk przed odrzuceniem, o przekonanie, że musisz być idealna, żeby zasłużyć na miłość.

Podobnie w pracy. Dostajesz informację zwrotną i nagle cały dzień jest zepsuty. W głowie pojawia się lawina myśli: „nie nadaję się”, „inni są lepsi”, „zaraz wszyscy się zorientują”. Swadhjaja nie każe udawać, że nic się nie stało. Ona zaprasza do pytania: „czy to jest fakt, czy moja interpretacja?” oraz „dlaczego tak bardzo potrzebuję być bezbłędna?”. W tej przestrzeni między bodźcem a reakcją zaczyna rodzić się świadomość.

Bardzo wyraźnie widać tę praktykę w relacjach. Zazdrość, potrzeba kontroli, nadwrażliwość na czyjeś milczenie – to wszystko są drogowskazy. Zamiast je tłumić albo wstydzić się ich, można spróbować podejść do siebie z ciekawością: „czego ja się teraz boję?”, „przed czym to uczucie chce mnie ochronić?”. Nagle emocje przestają być wrogiem, a stają się informacją. A informacja daje możliwość wyboru.

Swadhjaja pomaga też zobaczyć siebie w momentach pozornie błahych. Odkładasz coś kolejny dzień i mówisz o sobie „jestem leniwa”. Ale gdy zatrzymasz się na chwilę, możesz odkryć, że pod spodem jest lęk przed porażką, perfekcjonizm albo zmęczenie, którego nie chcesz uznać. Świadomość zmienia narrację z oskarżenia na zrozumienie. A z miejsca zrozumienia dużo łatwiej o realną zmianę.

Największym darem swadhjai jest to, że przestajesz być całkowicie sterowana przez nieuświadomione schematy. Kiedy ich nie widzisz, rządzą tobą po cichu. Wybierasz podobnych partnerów, wchodzisz w te same konflikty, powtarzasz te same historie o sobie. Kiedy zaczynasz je zauważać, pojawia się przestrzeń: mogę zareagować inaczej, mogę powiedzieć „nie”, mogę nie uwierzyć tej myśli, mogę zadbać o siebie. To nie jest natychmiastowa rewolucja, raczej powolne odzyskiwanie wpływu na własne życie.

Jak zaprosić tę nijamę do codzienności? Najprościej przez małe pauzy. Kilka świadomych oddechów w ciągu dnia. Krótkie pytanie zadane sobie wieczorem: „co dziś najbardziej mnie poruszyło?”. Zapisanie kilku zdań w notesie nie po to, by stworzyć idealny dziennik, ale by zobaczyć swoje powtarzające się emocje i myśli. Chwila ciszy przed reakcją, gdy czujesz, że zaraz wybuchniesz. To są drobne gesty, ale właśnie z nich buduje się głęboka relacja z samą sobą.

W tej praktyce kluczowa jest łagodność. Bez niej swadhjaja zamienia się w nieustanne kontrolowanie siebie i poprawianie każdej reakcji. A to prowadzi tylko do napięcia i poczucia, że wciąż jesteśmy „nie dość”. Prawdziwe samopoznanie mówi: najpierw zobacz, potem zrozum, a zmiana przyjdzie w swoim czasie. Dojrzałość nie rodzi się z presji, tylko z uważności i akceptacji tego, co jest.

Swadhjaja to cicha, wewnętrzna praktyka. Nikt nie widzi, kiedy ją wykonujesz. Nie da się jej zmierzyć ani pokazać na zdjęciu. A jednak to ona sprawia, że życie przestaje być serią automatycznych reakcji, a zaczyna być świadomą drogą. Z czasem odkrywasz, że najważniejszą relacją, jaką budujesz, jest relacja z samą sobą. A kiedy ona staje się bardziej prawdziwa, zmienia się też sposób, w jaki jesteś z innymi i ze światem.

 


 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rok, którego nie da się łatwo podsumować

 Pewnie za chwilę internet zaleje fala podsumowań roku 2025. Sukcesy, liczby, checklisty zrealizowanych celów, zdjęcia, które mają udowodnić, że to był „dobry rok”. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy w ogóle jest sens robić własne podsumowanie. Bo jak podsumować rok, który był tak bardzo niestabilny? 2025 był dla mnie sinusoidą emocji. Od chwil euforii, w których naprawdę chciało się żyć, po momenty ciężkie, depresyjne, takie, w których jedynym celem dnia było po prostu przetrwać. Były momenty piękne — prawdziwe, jasne, zostające w pamięci na długo. Ale prawda jest taka, że większość tego roku była walką. Cichą, codzienną, często niewidoczną dla innych. Hasłem, które trzymało mnie w pionie, było jedno zdanie: wszystko jest po coś . Nawet jeśli jeszcze nie wiemy po co. Nawet jeśli w danym momencie brzmi to jak tania pociecha. Powtarzałem je sobie wtedy, gdy wydarzenia wydawały się kompletnie irracjonalne, jak koszmar, z którego nie da się obudzić. I choć do dziś nie potrafię ...

Październikowe zatrzymanie – jak kontuzja nauczyła mnie spokoju, uważności i wdzięczności

Październik miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być aktywny, pełen planów, ruchu i przygotowań do jesieni. Tymczasem los postanowił inaczej i już od początku miesiąca jestem unieruchomiona z powodu naderwanego więzadła.  Większość moich październikowych planów poszła w pizdu, ale postanowiłam nie załamywać rąk i spróbować obrócić tę sytuację w coś pozytywnego. Skoro nie mogę się ruszać, to mogę się zatrzymać – dosłownie i w przenośni.  Zaczęłam nadrabiać książki, które od dawna czekały na swoją kolej, szczególnie te potrzebne podczas kursu nauczycielskiego jogi, który zaczynam już w listopadzie.  To trochę zabawne, że kiedy w końcu mam czas na naukę i refleksję, to ciało mówi „stop”, a głowa – pierwszy raz od dawna – zaczyna się wyciszać. Spisałam plan dnia i naprawdę się go trzymam, bo przecież teraz nic mi go nie zaburza.  Każdy dzień wygląda podobnie – herbata, lektura, chwila medytacji, trochę pracy twórczej i odpoczynku. Wbrew pozorom takie uporządkowanie ...

Czy naprawdę musimy to kupić? Przedświąteczna lektura Marty Sapały

Grudzień ma w sobie coś z nieustannego pośpiechu. Galerie handlowe pękają w szwach, skrzynki mailowe uginają się od „ostatnich okazji”, a lista prezentów do kupienia zdaje się żyć własnym życiem. Właśnie ten przedświąteczny szum sprawił, że wróciłam do książki Marty Sapały „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” . Nie z ciekawości, ale z potrzeby – zatrzymania się i sprawdzenia, dlaczego właściwie znowu kupujemy więcej, szybciej i często bezrefleksyjnie. To nie jest poradnik o tym, jak żyć lepiej, oszczędniej czy bardziej „eko”. To nie kolejna lista polecanych gadżetów dla minimalistów ani książka, która obiecuje, że wystarczy wyrzucić połowę rzeczy, by poczuć ulgę. „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” to przede wszystkim dziennik – zapis rocznego eksperymentu kilkunastu gospodarstw domowych z całej Polski, które postanowiły kupować wyłącznie to, co naprawdę niezbędne. Punktem wyjścia jest proste, ale niewygodne pytanie: czy wszystko, co kupujemy, naprawdę musimy posiadać? A w...