Co jest moją praktyką tapas w tym momencie życia?
Przez długi czas tapas w ogóle nie istniało w moim słowniku. Zamiast tego było słowo „samodyscyplina”, które traktowałam jak ideę zupełnie poza moim zasięgiem. Uważałam, że to jakaś żelazna konsekwencja, którą ma się albo nie — i że trzeba do niej posiadać „charakter”, którego ja rzekomo nie miałam. Tapas brzmiało jak wewnętrzny reżim, twarda konsekwencja i codzienne wyrzeczenia — czyli dokładnie to, co kojarzyłam z czymś nierealnym w moim życiu.Dopiero teraz dowiaduję się, że tapas ( samodyscyplina)może być czymś zupełnie innym: małym płomykiem, który podtrzymuję codziennymi wyborami, a nie pożarem, który musi palić się pełnym ogniem. I to odkrycie otworzyło mi drzwi do praktyki, która jeszcze niedawno wydawała się dla mnie nie do osiągnięcia.
ADHD, z którym funkcjonuję, również nie ułatwia sprawy. Chaos, nadmiar bodźców, skakanie z zadania na zadanie sprawiają, że sama idea regularności wydawała mi się długo zupełnie abstrakcyjna. Praktyka tapas była dla mnie czymś zarezerwowanym dla ludzi uporządkowanych, stabilnych, konsekwentnych. Nie dla kogoś, kto zaczyna większość rzeczy w trybie sprintu, a kończy, jakby stracił oddech po pierwszym zakręcie.
A jednak w pewnym momencie dotarło do mnie, że samodyscyplina to nie codzienne, ciężkie ćwiczenia czy heroiczne postanowienia. Nie spektakularne wyczyny, lecz drobne, powtarzalne elementy dnia, których nikt poza mną nie zauważa.Przełom przyszedł, kiedy trafiłam na książkę Atomowe nawyki. Zrozumiałam dzięki niej, że mój problem nie polegał na braku chęci czy motywacji, ale na tym, że rzucałam się od razu na Everest, zamiast najpierw przejść spacerem przez osiedle. Zamiast zaczynać od minimum — zaczynałam od maksimum. Nic dziwnego, że szybko padałam z sił.
Moja praktyka tapas – samodyscypliny dziś
to mikro-kroki:
picie szklanki wody zaraz po
przebudzeniu,
codzienne stanięcie na macie — nawet jeśli
jedyne, co zrobię, to usiądę i pooddycham pięć
minut,
ograniczanie używek nie jako „postanowienie
noworoczne”, ale codzienny wybór,
dbanie o zdrowie psychiczne
— nie już jako akcja ratunkowa, lecz świadoma kontynuacja
leczenia i troska o siebie także wtedy, kiedy jest dobrze, a nie
dopiero, gdy robi się trudno.Zauważyłam, że utrzymanie dyscypliny
nie jest dla mnie zrywem. Zrywy mam opanowane do perfekcji.
Tapas jest kontynuacją, powracaniem do siebie i do praktyki kolejnego dnia — nawet jeżeli wczoraj mi nie wyszło. Jest cierpliwością, której wciąż się uczę. Jest zaufaniem, że proces działa, nawet kiedy efekty wydają się niewidoczne.Dziś tapas (samodyscyplina) nie przypomina męki ani krwawej walki z własnym charakterem. Jest raczej codziennym, łagodnym przypominaniem sobie: zrób małą rzecz, jedną, ale rób ją dalej. I to, paradoksalnie, zmienia wszystko. Właśnie w tych mikroskopijnych krokach czuję, że powoli — naprawdę powoli, ale jednak — przesuwam góry.
Zostawiam sobie tu na pamiątkę te moje przemyślenia może komuś kiedyś się przydadzą
.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz