Przejdź do głównej zawartości

Tapas - trzecia nijama

Co jest moją praktyką tapas w tym momencie życia?

Przez długi czas tapas w ogóle nie istniało w moim słowniku. Zamiast tego było słowo „samodyscyplina”, które traktowałam jak ideę zupełnie poza moim zasięgiem. Uważałam, że to jakaś żelazna konsekwencja, którą ma się albo nie — i że trzeba do niej posiadać „charakter”, którego ja rzekomo nie miałam. Tapas brzmiało jak wewnętrzny reżim, twarda konsekwencja i codzienne wyrzeczenia — czyli dokładnie to, co kojarzyłam z czymś nierealnym w moim życiu.Dopiero teraz dowiaduję się, że tapas ( samodyscyplina)może być czymś zupełnie innym: małym płomykiem, który podtrzymuję codziennymi wyborami, a nie pożarem, który musi palić się pełnym ogniem. I to odkrycie otworzyło mi drzwi do praktyki, która jeszcze niedawno wydawała się dla mnie nie do osiągnięcia.

ADHD, z którym funkcjonuję, również nie ułatwia sprawy. Chaos, nadmiar bodźców, skakanie z zadania na zadanie sprawiają, że sama idea regularności wydawała mi się długo zupełnie abstrakcyjna. Praktyka tapas była dla mnie czymś zarezerwowanym dla ludzi uporządkowanych, stabilnych, konsekwentnych. Nie dla kogoś, kto zaczyna większość rzeczy w trybie sprintu, a kończy, jakby stracił oddech po pierwszym zakręcie.

A jednak w pewnym momencie dotarło do mnie, że samodyscyplina to nie codzienne, ciężkie ćwiczenia czy heroiczne postanowienia. Nie spektakularne wyczyny, lecz drobne, powtarzalne elementy dnia, których nikt poza mną nie zauważa.Przełom przyszedł, kiedy trafiłam na książkę Atomowe nawyki. Zrozumiałam dzięki niej, że mój problem nie polegał na braku chęci czy motywacji, ale na tym, że rzucałam się od razu na Everest, zamiast najpierw przejść spacerem przez osiedle. Zamiast zaczynać od minimum — zaczynałam od maksimum. Nic dziwnego, że szybko padałam z sił.

Moja praktyka tapas – samodyscypliny dziś to mikro-kroki:
picie szklanki wody zaraz po przebudzeniu,
codzienne stanięcie na macie — nawet jeśli jedyne, co zrobię, to usiądę i pooddycham pięć minut,
ograniczanie używek nie jako „postanowienie noworoczne”, ale codzienny wybór,
dbanie o zdrowie psychiczne — nie już jako akcja ratunkowa, lecz świadoma kontynuacja leczenia i troska o siebie także wtedy, kiedy jest dobrze, a nie dopiero, gdy robi się trudno.Zauważyłam, że utrzymanie dyscypliny nie jest dla mnie zrywem. Zrywy mam opanowane do perfekcji. 

Tapas jest kontynuacją, powracaniem do siebie i do praktyki kolejnego dnia — nawet jeżeli wczoraj mi nie wyszło. Jest cierpliwością, której wciąż się uczę. Jest zaufaniem, że proces działa, nawet kiedy efekty wydają się niewidoczne.Dziś tapas (samodyscyplina) nie przypomina męki ani krwawej walki z własnym charakterem. Jest raczej codziennym, łagodnym przypominaniem sobie: zrób małą rzecz, jedną, ale rób ją dalej. I to, paradoksalnie, zmienia wszystko. Właśnie w tych mikroskopijnych krokach czuję, że powoli — naprawdę powoli, ale jednak — przesuwam góry.

Zostawiam sobie tu na pamiątkę te moje przemyślenia może komuś kiedyś się przydadzą  


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rok, którego nie da się łatwo podsumować

 Pewnie za chwilę internet zaleje fala podsumowań roku 2025. Sukcesy, liczby, checklisty zrealizowanych celów, zdjęcia, które mają udowodnić, że to był „dobry rok”. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy w ogóle jest sens robić własne podsumowanie. Bo jak podsumować rok, który był tak bardzo niestabilny? 2025 był dla mnie sinusoidą emocji. Od chwil euforii, w których naprawdę chciało się żyć, po momenty ciężkie, depresyjne, takie, w których jedynym celem dnia było po prostu przetrwać. Były momenty piękne — prawdziwe, jasne, zostające w pamięci na długo. Ale prawda jest taka, że większość tego roku była walką. Cichą, codzienną, często niewidoczną dla innych. Hasłem, które trzymało mnie w pionie, było jedno zdanie: wszystko jest po coś . Nawet jeśli jeszcze nie wiemy po co. Nawet jeśli w danym momencie brzmi to jak tania pociecha. Powtarzałem je sobie wtedy, gdy wydarzenia wydawały się kompletnie irracjonalne, jak koszmar, z którego nie da się obudzić. I choć do dziś nie potrafię ...

Październikowe zatrzymanie – jak kontuzja nauczyła mnie spokoju, uważności i wdzięczności

Październik miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być aktywny, pełen planów, ruchu i przygotowań do jesieni. Tymczasem los postanowił inaczej i już od początku miesiąca jestem unieruchomiona z powodu naderwanego więzadła.  Większość moich październikowych planów poszła w pizdu, ale postanowiłam nie załamywać rąk i spróbować obrócić tę sytuację w coś pozytywnego. Skoro nie mogę się ruszać, to mogę się zatrzymać – dosłownie i w przenośni.  Zaczęłam nadrabiać książki, które od dawna czekały na swoją kolej, szczególnie te potrzebne podczas kursu nauczycielskiego jogi, który zaczynam już w listopadzie.  To trochę zabawne, że kiedy w końcu mam czas na naukę i refleksję, to ciało mówi „stop”, a głowa – pierwszy raz od dawna – zaczyna się wyciszać. Spisałam plan dnia i naprawdę się go trzymam, bo przecież teraz nic mi go nie zaburza.  Każdy dzień wygląda podobnie – herbata, lektura, chwila medytacji, trochę pracy twórczej i odpoczynku. Wbrew pozorom takie uporządkowanie ...

Czy naprawdę musimy to kupić? Przedświąteczna lektura Marty Sapały

Grudzień ma w sobie coś z nieustannego pośpiechu. Galerie handlowe pękają w szwach, skrzynki mailowe uginają się od „ostatnich okazji”, a lista prezentów do kupienia zdaje się żyć własnym życiem. Właśnie ten przedświąteczny szum sprawił, że wróciłam do książki Marty Sapały „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” . Nie z ciekawości, ale z potrzeby – zatrzymania się i sprawdzenia, dlaczego właściwie znowu kupujemy więcej, szybciej i często bezrefleksyjnie. To nie jest poradnik o tym, jak żyć lepiej, oszczędniej czy bardziej „eko”. To nie kolejna lista polecanych gadżetów dla minimalistów ani książka, która obiecuje, że wystarczy wyrzucić połowę rzeczy, by poczuć ulgę. „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” to przede wszystkim dziennik – zapis rocznego eksperymentu kilkunastu gospodarstw domowych z całej Polski, które postanowiły kupować wyłącznie to, co naprawdę niezbędne. Punktem wyjścia jest proste, ale niewygodne pytanie: czy wszystko, co kupujemy, naprawdę musimy posiadać? A w...