Przejdź do głównej zawartości

A jeśli prezent nie musi kosztować fortuny?

 Wiecie, czego mi ostatnio brakuje? Normalności. Ale nie tej narzuconej przez reklamy i trendy z Instagrama, tylko tej prawdziwej – codziennej, domowej, przyziemnej. Brakuje mi momentów, w których bukiet warzyw z własnego ogródka byłby oczywistym i pełnoprawnym prezentem. Albo słoik ogórków kiszonych, własnoręcznie upieczone ciasto, świeca zrobiona w domowym zaciszu czy akwarela namalowana z myślą o konkretnej osobie.

Coraz częściej łapię się na tym, że chcę to znormalizować. Chciałabym, żebyśmy przestali wstydzić się dawać rzeczy zrobionych własnymi rękami. Żeby domowy chleb, czapka wydziergana na drutach, mydło z lawendą czy woreczek suszonej mięty był traktowany tak samo – albo lepiej – niż kolejny „kupny” prezent z metką i paragonem na wypadek, gdyby się nie spodobał.

I temat ten wraca do mnie jak bumerang właśnie teraz, bo przecież…
sezon prezentowy właśnie się zaczyna.

Dzień Nauczyciela, Mikołajki, Boże Narodzenie… a u nas w rodzinie do tego jeszcze grudzień mocno urodzinowy. Święto goni święto, potrzeba goni oczekiwania, a w głowie zaczynają krążyć znajome rozterki:
– Co kupić?
– Czy to wystarczająco?
– Ile wydać, żeby nie „wypaść z ram społecznych”?

Komunie, śluby, urodziny, święta – to przecież niekończący się festiwal pytań:

- Ile teraz „wypada” dać w kopercie?

- Co się kupuje na komunię?

- Jakie są prezenty „odpowiedniej wartości”?

- Czy prezent za 50 zł to obciach?

A gdyby tak… przestać dawać sobie prezenty kupne? Albo przynajmniej nie traktować ich jako jedynej możliwej opcji?

Od jakiegoś czasu staram się dawać mojemu najbliższemu otoczeniu to, co zrobię sama. Jeśli ktoś ma urodziny – piekę ciasto. Jeśli jest chłodniej – dziergam szalik albo czapkę. Czasem to świeca, czasem własne mydło, a czasem po prostu coś dobrego do zjedzenia. I wiecie co? To działa. To ma sens. To zostaje z człowiekiem.

Nie twierdzę, że mamy całkowicie rezygnować z kupowania rzeczy. Ale chciałabym, żebyśmy zaczęli inaczej myśleć o dawaniu. Żeby ręcznie robione nie znaczyło „tańsze” ani „biedniejsze”, tylko „bardziej moje”, „zrobione z myślą o Tobie”. Bo taki prezent ma wartość, której nie da się przeliczyć na złotówki.

A co Wy o tym myślicie?
Dajecie ręcznie robione prezenty? Dostajecie je? Lubicie, doceniacie, a może czujecie się niezręcznie?
Jestem bardzo ciekawa Waszych doświadczeń i refleksji – szczególnie teraz, kiedy kolejny raz stajemy przed prezentowymi dylematami.

💚 Jeśli szukasz inspiracji lub chcesz zobaczyć, co tworzę na co dzień – zapraszam Cię na mój Instagram:
👉 @naturalne_wibracje

Do zobaczenia w przestrzeni pełnej zapachu domowych świec, kiszonek i rozmów przy wspólnym stole!


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rok, którego nie da się łatwo podsumować

 Pewnie za chwilę internet zaleje fala podsumowań roku 2025. Sukcesy, liczby, checklisty zrealizowanych celów, zdjęcia, które mają udowodnić, że to był „dobry rok”. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy w ogóle jest sens robić własne podsumowanie. Bo jak podsumować rok, który był tak bardzo niestabilny? 2025 był dla mnie sinusoidą emocji. Od chwil euforii, w których naprawdę chciało się żyć, po momenty ciężkie, depresyjne, takie, w których jedynym celem dnia było po prostu przetrwać. Były momenty piękne — prawdziwe, jasne, zostające w pamięci na długo. Ale prawda jest taka, że większość tego roku była walką. Cichą, codzienną, często niewidoczną dla innych. Hasłem, które trzymało mnie w pionie, było jedno zdanie: wszystko jest po coś . Nawet jeśli jeszcze nie wiemy po co. Nawet jeśli w danym momencie brzmi to jak tania pociecha. Powtarzałem je sobie wtedy, gdy wydarzenia wydawały się kompletnie irracjonalne, jak koszmar, z którego nie da się obudzić. I choć do dziś nie potrafię ...

Październikowe zatrzymanie – jak kontuzja nauczyła mnie spokoju, uważności i wdzięczności

Październik miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być aktywny, pełen planów, ruchu i przygotowań do jesieni. Tymczasem los postanowił inaczej i już od początku miesiąca jestem unieruchomiona z powodu naderwanego więzadła.  Większość moich październikowych planów poszła w pizdu, ale postanowiłam nie załamywać rąk i spróbować obrócić tę sytuację w coś pozytywnego. Skoro nie mogę się ruszać, to mogę się zatrzymać – dosłownie i w przenośni.  Zaczęłam nadrabiać książki, które od dawna czekały na swoją kolej, szczególnie te potrzebne podczas kursu nauczycielskiego jogi, który zaczynam już w listopadzie.  To trochę zabawne, że kiedy w końcu mam czas na naukę i refleksję, to ciało mówi „stop”, a głowa – pierwszy raz od dawna – zaczyna się wyciszać. Spisałam plan dnia i naprawdę się go trzymam, bo przecież teraz nic mi go nie zaburza.  Każdy dzień wygląda podobnie – herbata, lektura, chwila medytacji, trochę pracy twórczej i odpoczynku. Wbrew pozorom takie uporządkowanie ...

Czy naprawdę musimy to kupić? Przedświąteczna lektura Marty Sapały

Grudzień ma w sobie coś z nieustannego pośpiechu. Galerie handlowe pękają w szwach, skrzynki mailowe uginają się od „ostatnich okazji”, a lista prezentów do kupienia zdaje się żyć własnym życiem. Właśnie ten przedświąteczny szum sprawił, że wróciłam do książki Marty Sapały „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” . Nie z ciekawości, ale z potrzeby – zatrzymania się i sprawdzenia, dlaczego właściwie znowu kupujemy więcej, szybciej i często bezrefleksyjnie. To nie jest poradnik o tym, jak żyć lepiej, oszczędniej czy bardziej „eko”. To nie kolejna lista polecanych gadżetów dla minimalistów ani książka, która obiecuje, że wystarczy wyrzucić połowę rzeczy, by poczuć ulgę. „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” to przede wszystkim dziennik – zapis rocznego eksperymentu kilkunastu gospodarstw domowych z całej Polski, które postanowiły kupować wyłącznie to, co naprawdę niezbędne. Punktem wyjścia jest proste, ale niewygodne pytanie: czy wszystko, co kupujemy, naprawdę musimy posiadać? A w...