Listopad dobiega końca, a ja patrzę wstecz i nie mogę uwierzyć, jak bardzo różnił się od października. Ten spędziłam głównie na L4, zmagając się z własnym ciałem i zastanawiając się, czy w ogóle stanę na dwóch nogach w listopadzie. A jednak… udało się. Małymi krokami wracam do sprawności fizycznej, a każdy taki krok daje mi ogromną radość i poczucie, że wracam do siebie.
W tym miesiącu rozpoczęłam kurs na nauczyciela jogi – coś, co odkładałam w nieskończoność. Pierwsze zajęcia w Gdańsku, pierwsza długa podróż od lat, pierwsze refleksje… i nagle uświadamiam sobie, że wszystko w życiu dzieje się po coś. Że zmiany są nieuniknione, ale mogą być piękne, jeśli tylko pozwolimy sobie je przyjąć.
Udało mi się również zrealizować kolejnego Campa po zdrowie z niezastąpioną fizjoterapeutką z Fizjo Śmiechowicz – jeśli jeszcze nie znacie, polecam jej profil: Fizjo Śmiechowicz na Instagramie
W tym roku odwiedziliśmy piękną grupą Sandomierz – pogoda idealna, święto młodego wina magiczne, a przestrzeń jurt, w której mieliśmy zajęcia, naprawdę uskrzydlała. Tak wiele się działo, tak dużo dobrych emocji i ciepłych ludzi wokół mnie.
Listopad nauczył mnie też jednej rzeczy – równowaga jest kluczem. Mogę działać, realizować marzenia, ale muszę pamiętać, żeby nie przeciążać siebie. Powroty do pracy są teraz niesamowite, bo udaje mi się pracować z ludźmi, którzy nie są przypadkowi – z tymi, z którymi mamy wspólne flow.
I jeszcze jedno – w tym roku pierwszy śnieg spadł 23 listopada. Kocham śnieg! Jego cisza, spokój i magia idealnie wpisują się w koniec tak intensywnego miesiąca.
Listopad pokazał mi, że zmiany w życiu są nieuniknione. Mogą być trudne, mogą budzić lęk, ale jeśli przyjmiemy je z otwartym sercem, mogą przynieść prawdziwą radość. Wystarczy zaufać procesowi, celebrować małe kroki i pamiętać, że wszystko, co się dzieje, ma swoje znaczenie.

Komentarze
Prześlij komentarz