Przejdź do głównej zawartości

„Być jak Kopenhaga” – o ruchu, który jest częścią życia

 

Książka Być jak Kopenhaga nie jest dla mnie opowieścią o mieście idealnym. Jest raczej zaproszeniem do spojrzenia na codzienność w inny sposób — spokojniejszy, prostszy, mniej zadaniowy. Czytając ją, miałam wrażenie, że nie chodzi tu o kopiowanie duńskiego stylu życia, ale o zrozumienie pewnej postawy wobec świata.

Jednym z motywów, który szczególnie mocno wybrzmiewa między wierszami, jest ruch. Nie jako wyzwanie, trening czy kolejny obowiązek wpisany w kalendarz. Ruch w Kopenhadze nie dzieje się „od święta”. Jest wpisany w codzienne działanie, w zwykłe życie.Duńczycy nie mówią o tym, że „trzeba się ruszać”. Oni po prostu zostawiają samochody i wybierają rower. Jadą nim do pracy, do szkoły, na spotkanie, po zakupy. Bez nadęcia. Bez sportowej narracji. Bez presji dbania o formę. Rower nie jest symbolem ambicji — jest narzędziem codzienności. To bardzo poruszyło mnie w kontekście uważnego życia. Bo kiedy ruch przestaje być przymusem, a staje się naturalnym elementem dnia, zmienia się wszystko. Nie trzeba się motywować, zmuszać ani nadrabiać. Ciało porusza się dlatego, że życie się toczy. Nie dlatego, że tak wypada. W tej książce Kopenhaga pokazana jest jako przestrzeń, która sprzyja prostym wyborom. Takim, które nie wymagają heroizmu. Zamiast kolejnych planów — rytm. Zamiast „więcej” — wystarczająco. Zamiast zamykania się w samochodzie — bycie w kontakcie z miastem, z pogodą, z własnym ciałem. Rower staje się tu symbolem czegoś więcej niż środka transportu. To znak bliskości z codziennością. Pozwala być w ruchu, ale bez pośpiechu. Być w drodze, ale nie w ucieczce. To ruch, który nie odbiera energii, tylko ją porządkuje.

Czytając Być jak Kopenhaga, miałam poczucie, że wiele z tych idei już żyje we mnie — minimalizm, upraszczanie, wybieranie relacji zamiast rzeczy. Ta książka nie namawia do rewolucji. Raczej potwierdza, że można żyć inaczej. Spokojniej. Lżej. Bardziej w zgodzie ze sobą. Po lekturze nie pojawiła się we mnie potrzeba natychmiastowych zmian. Raczej wdzięczność. Za to, że ruch może być naturalny. Że życie nie musi być projektem do zrealizowania. I że czasem wystarczy zmienić środek transportu — nie tylko w mieście, ale i w myśleniu.

Dla mnie Być jak Kopenhaga to książka o codzienności, która nie potrzebuje nadmiaru, by była pełna. O życiu, w którym ciało, tempo i wybory są po prostu ludzkie.






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rok, którego nie da się łatwo podsumować

 Pewnie za chwilę internet zaleje fala podsumowań roku 2025. Sukcesy, liczby, checklisty zrealizowanych celów, zdjęcia, które mają udowodnić, że to był „dobry rok”. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy w ogóle jest sens robić własne podsumowanie. Bo jak podsumować rok, który był tak bardzo niestabilny? 2025 był dla mnie sinusoidą emocji. Od chwil euforii, w których naprawdę chciało się żyć, po momenty ciężkie, depresyjne, takie, w których jedynym celem dnia było po prostu przetrwać. Były momenty piękne — prawdziwe, jasne, zostające w pamięci na długo. Ale prawda jest taka, że większość tego roku była walką. Cichą, codzienną, często niewidoczną dla innych. Hasłem, które trzymało mnie w pionie, było jedno zdanie: wszystko jest po coś . Nawet jeśli jeszcze nie wiemy po co. Nawet jeśli w danym momencie brzmi to jak tania pociecha. Powtarzałem je sobie wtedy, gdy wydarzenia wydawały się kompletnie irracjonalne, jak koszmar, z którego nie da się obudzić. I choć do dziś nie potrafię ...

Październikowe zatrzymanie – jak kontuzja nauczyła mnie spokoju, uważności i wdzięczności

Październik miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być aktywny, pełen planów, ruchu i przygotowań do jesieni. Tymczasem los postanowił inaczej i już od początku miesiąca jestem unieruchomiona z powodu naderwanego więzadła.  Większość moich październikowych planów poszła w pizdu, ale postanowiłam nie załamywać rąk i spróbować obrócić tę sytuację w coś pozytywnego. Skoro nie mogę się ruszać, to mogę się zatrzymać – dosłownie i w przenośni.  Zaczęłam nadrabiać książki, które od dawna czekały na swoją kolej, szczególnie te potrzebne podczas kursu nauczycielskiego jogi, który zaczynam już w listopadzie.  To trochę zabawne, że kiedy w końcu mam czas na naukę i refleksję, to ciało mówi „stop”, a głowa – pierwszy raz od dawna – zaczyna się wyciszać. Spisałam plan dnia i naprawdę się go trzymam, bo przecież teraz nic mi go nie zaburza.  Każdy dzień wygląda podobnie – herbata, lektura, chwila medytacji, trochę pracy twórczej i odpoczynku. Wbrew pozorom takie uporządkowanie ...

Czy naprawdę musimy to kupić? Przedświąteczna lektura Marty Sapały

Grudzień ma w sobie coś z nieustannego pośpiechu. Galerie handlowe pękają w szwach, skrzynki mailowe uginają się od „ostatnich okazji”, a lista prezentów do kupienia zdaje się żyć własnym życiem. Właśnie ten przedświąteczny szum sprawił, że wróciłam do książki Marty Sapały „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” . Nie z ciekawości, ale z potrzeby – zatrzymania się i sprawdzenia, dlaczego właściwie znowu kupujemy więcej, szybciej i często bezrefleksyjnie. To nie jest poradnik o tym, jak żyć lepiej, oszczędniej czy bardziej „eko”. To nie kolejna lista polecanych gadżetów dla minimalistów ani książka, która obiecuje, że wystarczy wyrzucić połowę rzeczy, by poczuć ulgę. „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” to przede wszystkim dziennik – zapis rocznego eksperymentu kilkunastu gospodarstw domowych z całej Polski, które postanowiły kupować wyłącznie to, co naprawdę niezbędne. Punktem wyjścia jest proste, ale niewygodne pytanie: czy wszystko, co kupujemy, naprawdę musimy posiadać? A w...