Przejdź do głównej zawartości

Czy każda tradycja jest dobra?

Czy każda tradycja naprawdę zasługuje na to, by ją bezrefleksyjnie powielać?
Szczególnie wtedy, gdy zamiast radości przynosi zmęczenie, frustrację i poczucie przymusu.

Przedświąteczny pęd za prezentami — często nikomu niepotrzebnymi.
Zakupy ton jedzenia, które i tak po świętach lądują w koszu.
Presja, by „zdążyć”, „przygotować”, „zrobić jak trzeba”.
Czy to naprawdę dobre zwyczaje?

Od kilku lat coraz mocniej czuję, że im mniej robię na święta, tym lepiej się czuję.
Zamiast przypadkowych prezentów wolę kupić kilka naprawdę wartościowych — takich, które posłużą dłużej i będą miały sens. Zamiast zastawionego stołu wolę spokój. Zamiast odhaczania kolejnych punktów z listy — oddech.

Coraz mniej czuję też potrzebę spędzania świąt dokładnie tak, jak „nakazuje tradycja”.
Nie muszę siedzieć przy stole w domu, bo tak wypada.
Mogę wyjechać.
Mogę zwolnić.
Mogę przez trzy dni zakopać się pod kołdrą i oglądać ulubione filmy.

I marzy mi się świat, w którym każdy może spędzać święta dokładnie tak, jak chce, bez oceniania, bez komentarzy w stylu „tak nie wypada”, „tak się nie robi”, „tak nie można”.

My z rodziną święta spędzamy po swojemu.
Na kanapie.
Bez ton jedzenia i bez obżarstwa.
Za to z wyczekanymi prezentami, spokojem i bliskością.

Pierwszy dzień świąt? Prawdopodobnie pod kołdrą — celebrując ciszę i odpoczynek.
Drugi dzień? Czas wyjść z domu: wycieczka, kino, spacer — wszystkie opcje są dobre.

Bo może święta nie są po to, by je „odtwarzać”,
ale po to, by
naprawdę je przeżyć — na własnych zasadach.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rok, którego nie da się łatwo podsumować

 Pewnie za chwilę internet zaleje fala podsumowań roku 2025. Sukcesy, liczby, checklisty zrealizowanych celów, zdjęcia, które mają udowodnić, że to był „dobry rok”. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy w ogóle jest sens robić własne podsumowanie. Bo jak podsumować rok, który był tak bardzo niestabilny? 2025 był dla mnie sinusoidą emocji. Od chwil euforii, w których naprawdę chciało się żyć, po momenty ciężkie, depresyjne, takie, w których jedynym celem dnia było po prostu przetrwać. Były momenty piękne — prawdziwe, jasne, zostające w pamięci na długo. Ale prawda jest taka, że większość tego roku była walką. Cichą, codzienną, często niewidoczną dla innych. Hasłem, które trzymało mnie w pionie, było jedno zdanie: wszystko jest po coś . Nawet jeśli jeszcze nie wiemy po co. Nawet jeśli w danym momencie brzmi to jak tania pociecha. Powtarzałem je sobie wtedy, gdy wydarzenia wydawały się kompletnie irracjonalne, jak koszmar, z którego nie da się obudzić. I choć do dziś nie potrafię ...

Październikowe zatrzymanie – jak kontuzja nauczyła mnie spokoju, uważności i wdzięczności

Październik miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być aktywny, pełen planów, ruchu i przygotowań do jesieni. Tymczasem los postanowił inaczej i już od początku miesiąca jestem unieruchomiona z powodu naderwanego więzadła.  Większość moich październikowych planów poszła w pizdu, ale postanowiłam nie załamywać rąk i spróbować obrócić tę sytuację w coś pozytywnego. Skoro nie mogę się ruszać, to mogę się zatrzymać – dosłownie i w przenośni.  Zaczęłam nadrabiać książki, które od dawna czekały na swoją kolej, szczególnie te potrzebne podczas kursu nauczycielskiego jogi, który zaczynam już w listopadzie.  To trochę zabawne, że kiedy w końcu mam czas na naukę i refleksję, to ciało mówi „stop”, a głowa – pierwszy raz od dawna – zaczyna się wyciszać. Spisałam plan dnia i naprawdę się go trzymam, bo przecież teraz nic mi go nie zaburza.  Każdy dzień wygląda podobnie – herbata, lektura, chwila medytacji, trochę pracy twórczej i odpoczynku. Wbrew pozorom takie uporządkowanie ...

Czy naprawdę musimy to kupić? Przedświąteczna lektura Marty Sapały

Grudzień ma w sobie coś z nieustannego pośpiechu. Galerie handlowe pękają w szwach, skrzynki mailowe uginają się od „ostatnich okazji”, a lista prezentów do kupienia zdaje się żyć własnym życiem. Właśnie ten przedświąteczny szum sprawił, że wróciłam do książki Marty Sapały „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” . Nie z ciekawości, ale z potrzeby – zatrzymania się i sprawdzenia, dlaczego właściwie znowu kupujemy więcej, szybciej i często bezrefleksyjnie. To nie jest poradnik o tym, jak żyć lepiej, oszczędniej czy bardziej „eko”. To nie kolejna lista polecanych gadżetów dla minimalistów ani książka, która obiecuje, że wystarczy wyrzucić połowę rzeczy, by poczuć ulgę. „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” to przede wszystkim dziennik – zapis rocznego eksperymentu kilkunastu gospodarstw domowych z całej Polski, które postanowiły kupować wyłącznie to, co naprawdę niezbędne. Punktem wyjścia jest proste, ale niewygodne pytanie: czy wszystko, co kupujemy, naprawdę musimy posiadać? A w...