Czy każda tradycja naprawdę
zasługuje na to, by ją bezrefleksyjnie powielać?
Szczególnie
wtedy, gdy zamiast radości przynosi zmęczenie, frustrację i
poczucie przymusu.
Przedświąteczny
pęd za prezentami — często nikomu niepotrzebnymi.
Zakupy ton
jedzenia, które i tak po świętach lądują w koszu.
Presja,
by „zdążyć”, „przygotować”, „zrobić jak trzeba”.
Czy
to naprawdę dobre zwyczaje?
Od kilku
lat coraz mocniej czuję, że im
mniej robię na święta, tym lepiej się czuję.
Zamiast
przypadkowych prezentów wolę kupić kilka naprawdę wartościowych
— takich, które posłużą dłużej i będą miały sens. Zamiast
zastawionego stołu wolę spokój. Zamiast odhaczania kolejnych
punktów z listy — oddech.
Coraz
mniej czuję też potrzebę spędzania świąt dokładnie tak, jak
„nakazuje tradycja”.
Nie muszę siedzieć przy stole w domu,
bo tak wypada.
Mogę wyjechać.
Mogę zwolnić.
Mogę
przez trzy dni zakopać się pod kołdrą i oglądać ulubione filmy.
I marzy mi się świat, w którym każdy może spędzać święta dokładnie tak, jak chce, bez oceniania, bez komentarzy w stylu „tak nie wypada”, „tak się nie robi”, „tak nie można”.
My z
rodziną święta spędzamy po swojemu.
Na kanapie.
Bez ton
jedzenia i bez obżarstwa.
Za to z wyczekanymi prezentami,
spokojem i bliskością.
Pierwszy
dzień świąt? Prawdopodobnie pod kołdrą — celebrując ciszę i
odpoczynek.
Drugi dzień? Czas wyjść z domu: wycieczka, kino,
spacer — wszystkie opcje są dobre.
Bo może
święta nie są po to, by je „odtwarzać”,
ale po to, by
naprawdę je przeżyć
— na własnych zasadach.
.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz