Niby styczeń, niby mróz, niby człowiek powinien jeszcze udawać, że żyje zimowym życiem… ale nie. Ja już jestem myślami parę miesięcy do przodu, w słońcu, w ziemi po łokcie, z chwastem we włosach i satysfakcją level 100. Zaczynam właśnie coroczne planowanie mojego mikro ogródka . Mikro, czyli jakieś skromne 100 metrów do ogarnięcia . Totalnie nie wiem, kto wpadł na pomysł, że to „niedużo”. Przecież to jest wieczny Tetris w wersji roślinnej: tu grządka, tam krzaczek, tu ścieżka, a tu jeszcze „o, zmieści się jedna cukinia”… a potem się okazuje, że cukinia planuje przejąć kontynent. Co roku mam ten sam schemat. Styczeń/luty: wizjoner. Architekt krajobrazu. Królowa planów. Marzec: już prawie kupuję pół ogrodniczego internetu. Kwiecień/maj: latam z łopatą jak nakręcona, brud pod paznokciami, plecy bolą, ale szczęście jak po wygranej na loterii. A potem przychodzi czerwiec i lipiec… i życie mówi: sprawdzam . Praca, obowiązki, zmęczenie, wyjazdy i nagle ogród przechodzi w tryb: ...