Przejdź do głównej zawartości

Styczeń. Czas wyborów

Coraz częściej łapię się na tej jednej, bardzo wyraźnej myśli: mam już wszystko, czego naprawdę potrzebuję. Po latach pracy, prowadzenia domu i nieustannego „ogarniam więcej”, czuję, że w końcu ogarnęłam swoją głowę i finanse. I z tej przestrzeni spokoju mogę dziś powiedzieć jedno — więcej rzeczy nie uczyni mnie szczęśliwszą.

Ten rok zaczynam od zatrzymania.
Od oddechu.
Od uważnego spojrzenia na to, co mnie otacza.

Styczeń poświęcam na porządki — nie tylko w szafach i szufladach, ale przede wszystkim w myślach. Sprawdzam, gdzie mam za dużo. Gdzie nagromadziłam rzeczy, emocje, zobowiązania, które przestały mi służyć. Gdzie trzeba odgruzować przestrzeń, a gdzie po prostu odpuścić.

Zero waste jest ze mną od dawna. Raz bliżej ideału, raz z potknięciami — większymi i mniejszymi. W tym roku chcę być uważniejsza, łagodna, ale konsekwentna.

Mniej zakupów. Zakupy z głową. 

Bez impulsywnych porywów, bez tej adhdowej potrzeby dopaminy, którą tak łatwo daje „nowe”. Coraz lepiej wiem, że ta chwila ekscytacji nie zostaje ze mną na długo.

Slow life zawsze wydawało mi się czymś pięknym, niemal luksusowym. Stanem, który mają inni. 

Ja — z moim ADHD — długo próbowałam dogonić spokój, zamiast go zaprosić. W tym roku nie chcę już walczyć. Chcę zwolnić na tyle, na ile potrafię. Złapać rytm bliższy ciału niż kalendarzowi. Dać sobie zgodę na odpoczynek.

Ten rok jasno mówi mi, czego potrzebuję:
– bycia bliżej siebie,
– czasu dla bliskich i z bliskimi,
– ciszy między zadaniami,
– prostoty, która daje ulgę.

I równie jasno wiem, co chcę zostawić za sobą:
– nadmiar rzeczy,
– impulsywne zakupy,
– życie na przyspieszonym biegu,
– poczucie, że ciągle muszę więcej.

Styczeń jest dla mnie miesiącem decyzji. Sprawdzam, co chcę zachować. Co pielęgnować. Co celebrować — bo jest wystarczające, dobre, moje.

Reszta może odejść.
Ten rok wybieram lżej. 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rok, którego nie da się łatwo podsumować

 Pewnie za chwilę internet zaleje fala podsumowań roku 2025. Sukcesy, liczby, checklisty zrealizowanych celów, zdjęcia, które mają udowodnić, że to był „dobry rok”. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy w ogóle jest sens robić własne podsumowanie. Bo jak podsumować rok, który był tak bardzo niestabilny? 2025 był dla mnie sinusoidą emocji. Od chwil euforii, w których naprawdę chciało się żyć, po momenty ciężkie, depresyjne, takie, w których jedynym celem dnia było po prostu przetrwać. Były momenty piękne — prawdziwe, jasne, zostające w pamięci na długo. Ale prawda jest taka, że większość tego roku była walką. Cichą, codzienną, często niewidoczną dla innych. Hasłem, które trzymało mnie w pionie, było jedno zdanie: wszystko jest po coś . Nawet jeśli jeszcze nie wiemy po co. Nawet jeśli w danym momencie brzmi to jak tania pociecha. Powtarzałem je sobie wtedy, gdy wydarzenia wydawały się kompletnie irracjonalne, jak koszmar, z którego nie da się obudzić. I choć do dziś nie potrafię ...

Październikowe zatrzymanie – jak kontuzja nauczyła mnie spokoju, uważności i wdzięczności

Październik miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być aktywny, pełen planów, ruchu i przygotowań do jesieni. Tymczasem los postanowił inaczej i już od początku miesiąca jestem unieruchomiona z powodu naderwanego więzadła.  Większość moich październikowych planów poszła w pizdu, ale postanowiłam nie załamywać rąk i spróbować obrócić tę sytuację w coś pozytywnego. Skoro nie mogę się ruszać, to mogę się zatrzymać – dosłownie i w przenośni.  Zaczęłam nadrabiać książki, które od dawna czekały na swoją kolej, szczególnie te potrzebne podczas kursu nauczycielskiego jogi, który zaczynam już w listopadzie.  To trochę zabawne, że kiedy w końcu mam czas na naukę i refleksję, to ciało mówi „stop”, a głowa – pierwszy raz od dawna – zaczyna się wyciszać. Spisałam plan dnia i naprawdę się go trzymam, bo przecież teraz nic mi go nie zaburza.  Każdy dzień wygląda podobnie – herbata, lektura, chwila medytacji, trochę pracy twórczej i odpoczynku. Wbrew pozorom takie uporządkowanie ...

Czy naprawdę musimy to kupić? Przedświąteczna lektura Marty Sapały

Grudzień ma w sobie coś z nieustannego pośpiechu. Galerie handlowe pękają w szwach, skrzynki mailowe uginają się od „ostatnich okazji”, a lista prezentów do kupienia zdaje się żyć własnym życiem. Właśnie ten przedświąteczny szum sprawił, że wróciłam do książki Marty Sapały „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” . Nie z ciekawości, ale z potrzeby – zatrzymania się i sprawdzenia, dlaczego właściwie znowu kupujemy więcej, szybciej i często bezrefleksyjnie. To nie jest poradnik o tym, jak żyć lepiej, oszczędniej czy bardziej „eko”. To nie kolejna lista polecanych gadżetów dla minimalistów ani książka, która obiecuje, że wystarczy wyrzucić połowę rzeczy, by poczuć ulgę. „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” to przede wszystkim dziennik – zapis rocznego eksperymentu kilkunastu gospodarstw domowych z całej Polski, które postanowiły kupować wyłącznie to, co naprawdę niezbędne. Punktem wyjścia jest proste, ale niewygodne pytanie: czy wszystko, co kupujemy, naprawdę musimy posiadać? A w...