Jak kupiłam kurtkę i nie upadła cywilizacja (czyli o postanowieniach, które mają kontakt z rzeczywistością)
Styczeń to piękny czas. Wszyscy jesteśmy wtedy lekko odklejeni od realiów, na fali noworocznego optymizmu. W głowie playlisty motywacyjne, w sercu wizja nowego życia, a w notatniku lista postanowień dłuższa niż paragon z Ikei.
W tym roku jedną z moich ambicji było: kupować mniej ubrań. Być bardziej świadomą, odpowiedzialną, kapsułową, minimalistyczną i najlepiej jeszcze pachnącą lasem i moralną wyższością.
I szło mi świetnie. Naprawdę.
Nie klikałam „dodaj do koszyka”.
Omijałam promocje.
Patrzyłam na „-70%” i mówiłam: nie dziś, szatanie.
Aż do momentu, w którym moja stara kurtka postanowiła zakończyć ziemską wędrówkę.
Nie symbolicznie. Dosłownie. Rozchodziła się na szwach jak moje postanowienia około 27 stycznia.
Śmierć kurtki była nagła, ale spodziewana
To nie był dramat w stylu „och, znudziła mi się”.
To był etap:
– zamek działa tylko pod kątem 37°
– rękaw ma własną interpretację długości
– przy mocniejszym wietrze czujesz, że jesteś bardziej w relacji z naturą, niż planowałaś
Była ze mną lata. Przeszła zimy, jesienie, dziwne marcowe śniegi i listopady, które trwają emocjonalnie pół roku. Zasłużyła na emeryturę. Albo kontener na tekstylia. Jedno z dwojga.
Więc zrobiłam to.
Kupiłam nową kurtkę.
W sieciówce.
Bez konsultacji z Radą Etyki Minimalistycznej.
I tu według internetów powinnam się teraz biczować
Bo przecież jeśli próbujesz kupować mniej, to najwyraźniej powinnaś:
-
sama utkać materiał z pokrzyw,
-
uszyć kurtkę w świetle księżyca,
-
a na koniec przeprosić planetę listem poleconym
Tymczasem ja zrobiłam coś skandalicznego:
potrzebowałam kurtki i kupiłam jedną kurtkę.
Nie pięć. Nie „przy okazji jeszcze dwa sweterki”. Jedną. Do noszenia. Na zimno. Rewolucja konsumpcjonizmu normalnie.
Największy dramat rozgrywa się w głowie
Bo w takich momentach włącza się wewnętrzny komentator:
„No i proszę. Taka byłaś eko, taka świadoma, a teraz co? Jedna kurtka i cały system wartości w gruzach.”
Uwielbiam tę logikę. To tak, jakby zjeść jedno ciastko i uznać, że w sumie to już wszystko jedno, można zamieszkać w cukierni.
A prawda jest dużo mniej dramatyczna i dużo bardziej… nudna.
Ograniczanie zakupów nie polega na tym, że nigdy nic nie kupujesz, tylko że:
-
nie kupujesz bez sensu,
-
nie kupujesz z nudów,
nie kupujesz, żeby poczuć przez 12 minut, że „zasługujesz”.
Kupienie jednej rzeczy, która zastępuje zużytą rzecz, to nie porażka.
To… zarządzanie garderobą jak dorosły człowiek. Wiem. Mało filmowe.
Rzeczy nie są wieczne. Nawet te „odpowiedzialne”
Jest w nas jakieś ciche oczekiwanie, że jeśli już kupujemy mniej, to ubrania powinny teraz żyć 40 lat i być przekazywane wnukom razem z historią rodu.
A potem przychodzi życie, deszcz, plecak, tarcie, pranie i okazuje się, że materiał jednak nie czytał naszych manifestów.
Donosić rzecz do momentu, w którym się poddaje, to nie konsumpcyjna klęska. To właśnie wyciśnięcie z niej całego sensu istnienia.
Prawdziwa zmiana jest mało spektakularna
Nie wygląda jak dokument na Netfliksie.
Wygląda bardziej jak:
– „Nie kupiłam pięciu rzeczy”
– „Naprawiłam jedną”
– „Jedną musiałam wymienić, trudno”
I tak przez rok, a nie przez trzy tygodnie stycznia w euforii.
Bo największym kłamstwem postanowień jest to, że albo robisz coś idealnie, albo wcale nie ma to znaczenia.
A właśnie że ma.
Ogromne.
Jeśli przez większość czasu kupujesz uważniej, nosisz dłużej i myślisz przed płaceniem — to jedna kurtka nie przekreśla drogi. Ona jest po prostu przystankiem z napisem:
„Halo, to jest prawdziwe życie, tu wieje i jest minus trzy.”
I czasem najbardziej świadomą decyzją nie jest „nie kupuję nigdy”, tylko:
„Kupuję jedną rzecz. I naprawdę jej używam.”
- Pobierz link
- X
- Inne aplikacje
Etykiety
codzienność ekologicznie slowlife życie- Pobierz link
- X
- Inne aplikacje

Komentarze
Prześlij komentarz