Przejdź do głównej zawartości

Luty - Miesiąc przetrwania

 


Luty – miesiąc przetrwania i cichej nadziei

Luty.
Chyba najbardziej depresyjny miesiąc w roku. Taki, w którym człowiek powoli traci nadzieję, że będzie jaśniej, cieplej, lżej. Resztkami sił dotarłam do jego końca. To był jeden z tych miesięcy, które bardziej się przetrzymuje niż przeżywa.


Codzienność bez fajerwerków

Dni zlewają się w jedno: praca, zajęcia dzieci, szybkie zakupy, dom – i tak w kółko.
Bez spontanicznych wyjść, bez planów, bez tego lekkiego „a może by tak…”.Głównie bycie w domu i ciche odliczanie do wiosny.Czasem mam wrażenie, że w lutym życie zwęża się do funkcjonowania.
Do ogarniania.Do bycia logistycznym centrum dowodzenia rodziną.I choć kocham tę codzienność, pod koniec miesiąca czuję się jak bateria na ostatnich procentach.


Mały promyk światła

Ale… (bo zawsze musi być jakieś „ale”). Udało się przemycić coś dla siebie.
Skończyłam jedną książkę – jedną, ale za to jaką. Była jak mały promyk światła w tym szarym, lutowym krajobrazie.
Przypomniała mi, że nawet w najbardziej burych dniach coś w nas nadal się tli. Wrócę do niej jeszcze, bo naprawdę warto się nad nią zatrzymać na dłużej.


Marzec – pierwszy oddech

A potem… przyszedł marzec.I wyszło słońce. Tak po prostu. Jakby ktoś nagle podkręcił kontrast w świecie.Wraca nadzieja. Otwieram szerzej okna.
Powoli wychodzimy z zimowego kokonu.


Ogród i głowa po zimie

Idę do ogrodu i widzę, co zostawiła po sobie zima: połamane gałęzie, przemarznięte rośliny, bałagan. Trochę jak w głowie po lutym. Ale pod tą warstwą chaosu już coś się dzieje. Już coś pęcznieje.
Już coś szykuje się do życia.

I ja też. 

Wiosna zawsze przychodzi po cichu.
Najpierw jako przeczucie, potem jako światło, które wpada przez okno trochę dłużej niż wczoraj.

I nagle okazuje się, że mamy w sobie więcej siły, niż myślałyśmy jeszcze chwilę temu.

Wiosno, przybywaj.


 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rok, którego nie da się łatwo podsumować

 Pewnie za chwilę internet zaleje fala podsumowań roku 2025. Sukcesy, liczby, checklisty zrealizowanych celów, zdjęcia, które mają udowodnić, że to był „dobry rok”. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy w ogóle jest sens robić własne podsumowanie. Bo jak podsumować rok, który był tak bardzo niestabilny? 2025 był dla mnie sinusoidą emocji. Od chwil euforii, w których naprawdę chciało się żyć, po momenty ciężkie, depresyjne, takie, w których jedynym celem dnia było po prostu przetrwać. Były momenty piękne — prawdziwe, jasne, zostające w pamięci na długo. Ale prawda jest taka, że większość tego roku była walką. Cichą, codzienną, często niewidoczną dla innych. Hasłem, które trzymało mnie w pionie, było jedno zdanie: wszystko jest po coś . Nawet jeśli jeszcze nie wiemy po co. Nawet jeśli w danym momencie brzmi to jak tania pociecha. Powtarzałem je sobie wtedy, gdy wydarzenia wydawały się kompletnie irracjonalne, jak koszmar, z którego nie da się obudzić. I choć do dziś nie potrafię ...

Październikowe zatrzymanie – jak kontuzja nauczyła mnie spokoju, uważności i wdzięczności

Październik miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być aktywny, pełen planów, ruchu i przygotowań do jesieni. Tymczasem los postanowił inaczej i już od początku miesiąca zostałam unieruchomiona z powodu naderwanego więzadła. Większość moich październikowych planów poszła w… powiedzmy „kosmos”, ale postanowiłam nie załamywać rąk i spróbować obrócić tę sytuację w coś pozytywnego. Skoro nie mogę się ruszać, to mogę się zatrzymać – dosłownie i w przenośni.  Czas na książki i refleksję Zaczęłam nadrabiać lektury, które od dawna czekały na swoją kolej. Szczególnie te potrzebne podczas kursu nauczycielskiego jogi, który zaczynam już w listopadzie. To zabawne, że kiedy w końcu mam czas na naukę i refleksję, moje ciało mówi „stop”, a głowa – pierwszy raz od dawna – zaczyna się wyciszać. Spisałam plan dnia i trzymam się go konsekwentnie, bo teraz nic go nie zaburza. Codzienne rytuały w rytmie slow Każdy dzień wygląda podobnie: herbata, lektura, chwila medytacji, trochę pracy twórczej...

Czy naprawdę musimy to kupić? Przedświąteczna lektura Marty Sapały

Grudzień ma w sobie coś z nieustannego pośpiechu. Galerie handlowe pękają w szwach, skrzynki mailowe uginają się od „ostatnich okazji”, a lista prezentów do kupienia zdaje się żyć własnym życiem. Właśnie ten przedświąteczny szum sprawił, że wróciłam do książki Marty Sapały „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” . Nie z ciekawości, ale z potrzeby – zatrzymania się i sprawdzenia, dlaczego właściwie znowu kupujemy więcej, szybciej i często bezrefleksyjnie. To nie jest poradnik o tym, jak żyć lepiej, oszczędniej czy bardziej „eko”. To nie kolejna lista polecanych gadżetów dla minimalistów ani książka, która obiecuje, że wystarczy wyrzucić połowę rzeczy, by poczuć ulgę. „Mniej intymny portret zakupowy Polaków” to przede wszystkim dziennik – zapis rocznego eksperymentu kilkunastu gospodarstw domowych z całej Polski, które postanowiły kupować wyłącznie to, co naprawdę niezbędne. Punktem wyjścia jest proste, ale niewygodne pytanie: czy wszystko, co kupujemy, naprawdę musimy posiadać? A w...