Podobno człowiek powinien mieć jedną pasję.
Jedną pracę.
Jedną specjalizację.
Jedno konkretne „co robię w życiu”.
Podobno. A potem pojawiam się ja cała na biało… albo raczej cała w farbie do rękodzieła, z matą do jogi pod pachą, książką na stole i rękami ubrudzonymi ziemią z ogrodu.
I próbuję odpowiedzieć na proste pytanie:
— Czym się zajmujesz?
No więc… pracuję na etacie ale też tworzę rękodzieło, prowadzę zajęcia z jogi, czytam, uczę się nowych rzeczy. kocham ogród, analizuję życie podczas podlewania pomidorów.
A czasem jeszcze wymyślam nowy projekt o 23:47, bo przecież mózg uznał, że to idealna pora na „genialny pomysł”.
I wiecie co?
Coraz częściej zastanawiam się, czy osoby z wieloma pasjami mają trochę trudniej w dzisiejszym świecie.
Bo świat lubi ludzi prostych do opisania.
„Ona jest księgową.”
„On jest trenerem.”
„To artystka.”
A co, jeśli jesteśmy wszystkim po trochu?
Czy wtedy jesteśmy niezdecydowani?
Rozproszeni?
Chaotyczni?
Może.............. ale może po prostu jesteśmy ciekawi życia?
Mam wrażenie, że osoby twórcze funkcjonują trochę inaczej. Widzą możliwości tam, gdzie inni widzą „za dużo rzeczy naraz”. Potrafią połączyć pracę z pasją, odpoczynek z rozwojem, a zwykły spacer po ogrodzie zamienić w filozoficzne rozważania o sensie życia i potrzebie kupienia kolejnej lawendy.
I teraz najlepsze.
Ja naprawdę nie robię niczego na 1000 procent, wiem, wiem w internecie właśnie ktoś motywacyjnie spadł z krzesła bo przecież trzeba cisnąć, skupić się, wybrać jedną drogę, budować markę osobistą, niszę, strategię. Najlepiej jeszcze wstać o 5 rano i medytować nad tabelką w Excelu.
A ja po prostu uważam, że życie ma za dużo pięknych rzeczy do odkrycia, żeby zamknąć się tylko w jednym świecie.
Chcę próbować nowych rzeczy, uczyć się, tworzyć.czasem odpoczywać, czasem zmieniać zdanie.
Czasem mieć fazę na jogę, a czasem na sadzenie cukinii i oglądanie burzy z herbatą w ręku.
Czy szukanie nowych wyzwań wynika z wychowania?
Może trochę tak.
Ale myślę też, że niektórzy ludzie po prostu mają w sobie naturalną potrzebę odkrywania świata. Nie potrafią stać w miejscu. Ich głowa ciągle pyta:
„A co jeszcze mogę zrobić?”
„Czego jeszcze mogę się nauczyć?”
„Co jeszcze przede mną?”
I chyba trochę wynika to także z naszego wychowania. Jako dziecko lat 90. byłam wychowana dość konkretnie. Musisz być zaradna, musisz umieć sobie poradzić musisz coś osiągnąć musisz potrafić więcej.Pokolenie dzieci wychowywanych trochę „samodzielnie”, trochę metodą „radź sobie”, trochę z kluczem na szyi, a trochę z poczuciem, że najlepiej liczyć na siebie. I tak właśnie rodziły się małe Zosie Samosie. Niby silne, niby niezależne, ale jednocześnie wiecznie próbujące udowodnić sobie i światu, że dadzą radę.
Tylko że po latach takie „musisz” zaczyna odbijać się czkawką.
Bo nagle okazuje się, że człowiek nawet odpoczywać chce produktywnie. Nawet hobby potrafi zamienić w projekt. Nawet relaks ma czasami wpisany w kalendarz między „zakupy” a „odpowiedzieć na maila”. I dopiero kiedy zaczęłam zamieniać słowo „musisz” na „możesz”, coś naprawdę się zmieniło.Możesz spróbować, możesz odpocząć, możesz czegoś nie wiedzieć, możesz zmienić zdanie, możesz robić wiele rzeczy i wcale nie musisz wybierać jednej na całe życie.
To było jak otwarcie okna po długiej zimie.
Nagle rozwój przestał być obowiązkiem, a stał się przygodą. Pasje przestały być kolejnym punktem do odhaczenia, a zaczęły dawać zwykłą radość. Już nie musiałam wszystkiego robić idealnie. Mogłam po prostu doświadczać.
I chyba właśnie wtedy pojawiły się nowe perspektywy. Takie spokojniejsze. Bardziej moje. Bez ciągłego udowadniania, że jestem wystarczająca.
Bo może życie wcale nie pyta nas o to, ile zrobiliśmy.
Może bardziej interesuje je, czy naprawdę odważyliśmy się żyć po swojemu.
„A co jeszcze mogę zrobić?”
„Czego jeszcze mogę się nauczyć?”
„Co jeszcze mnie zachwyci?”
I może właśnie to jest piękne. Bo sukces chyba nie zawsze polega na tym, żeby być najlepszym w jednej rzeczy. Może sukces to umiejętność połączenia kilku światów w jeden własny. Taki, w którym jest miejsce na pracę, pasję, rozwój, odpoczynek i zwykłą codzienność.
A jeśli przy okazji człowiek czasem zapomni, po co wszedł do szklarni albo znajdzie pędzel w lodówce…
to chyba jeszcze nie tragedia.


.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz