Grudzień to jeden z najszybciej mijających miesięcy w roku. Znika między palcami niemal niezauważalnie, choć jego ostatni dzień potrafi dłużyć się niemiłosiernie – jakby chciał jeszcze chwilę zatrzymać wszystko w zawieszeniu. Od 1 do 24 grudnia nie mogłam złapać oddechu. Dni były gęste, intensywne, pełne bodźców i zobowiązań. Jarmarki, wigilie firmowe i społeczne, akcja listów do Mikołaja, świąteczne spotkania, zapachy przypraw korzennych i sezon na świece w pełni. Totalny chaos. Taki, który z jednej strony męczy, a z drugiej – paradoksalnie – bardzo lubię. Równowagę w tym czasie łapałam właściwie tylko na macie. To tam mogłam pozwolić sobie na bycie naprawdę tu i teraz. Nauka nie idzie w las – praktykowanie zostawiania problemów za drzwiami sali, dokładnie w momencie wejścia na zajęcia, okazało się umiejętnością na wagę złota. Gdyby nie to, pierwsza połowa grudnia prawdopodobnie kompletnie by mnie zmieliła. Mata była jedynym miejscem, gdzie świat na chwilę się zatrzymywał, a ja mogł...