Pamiętam, że kiedyś lato trwało mniej więcej dekadę.Naprawdę, kończyła się szkoła, zaczynały wakacje i człowiek miał wrażenie, że do września zostało jakieś 14 lat. Był czas na budowanie baz, zrywanie porzeczek u babci, całodniowe włóczenie się po lesie i jeszcze zostawało kilka tygodni na nudzenie się.
Dziś?
Mrugnęłam raz... i jest połowa lipca.
Boję się mrugnąć drugi raz, bo obudzę się we wrześniu z pytaniem: "Jak to? Przecież dopiero był Dzień Dziecka..."
Mam teorię. Czas z wiekiem zmienia swoją konsystencję. Kiedy jesteśmy dziećmi, jest jak gęsty miód. Płynie powoli. Każda godzina trwa wieczność. A potem dorastamy i czas zamienia się w wodę z górskiego potoku. Pędzi. Omija kamienie. Nie ogląda się za siebie. Zwłaszcza gdy czerwiec i lipiec wyglądają jak u mnie.
Półkolonie. Warsztaty. Biegi. Pikniki. Joga. Świece. Spotkania. Maile. Telefony. Listy rzeczy do zrobienia, które chyba rozmnażają się nocami.
I nie zrozumcie mnie źle,ja naprawdę lubię ten chaos. Lubię wracać do domu zmęczona, ale z poczuciem, że wydarzyło się coś dobrego. Że ktoś się uśmiechnął. Że dzieci wróciły z wycieczki z błotem na butach i historiami do opowiedzenia. Że ktoś pierwszy raz zrobił własną świecę albo odnalazł spokój na macie.
Tylko... nawet najpiękniejszy chaos potrafi zmęczyć.
Dlatego coraz częściej myślę o czymś, co kiedyś wydawało mi się zupełnie niemożliwe. O odpoczynku w domu, bo przecież wszyscy mówią, że w domu się nie odpoczywa.: bo jest pranie, bo są naczynia, bo "jak już jesteś, to może jeszcze umyj okna".
I nagle okazuje się, że urlop spędziłaś na spotkaniu z odkurzaczem a ja chyba chcę to trochę odczarować.
Mam przed sobą kilka dni wolnego. Będzie krótki wyjazd i bardzo się z niego cieszę.
Ale jeszcze bardziej chciałabym wrócić do domu i pomyśleć "Dobrze mi tutaj." bez poczucia, że muszę coś zrobić, bez wyrzutów sumienia, że siedzę z książką, bez przekonania, że odpoczynek trzeba sobie najpierw zasłużyć.
Może wystarczy zapalić świecę i usiąść z herbatą na tarasie, a może wystarczy położyć się na trawie, przejść boso po ogrodzie rozłożyć matę do jogi, ale tylko dlatego, że ciało ma na to ochotę.
Albo... nie robić nic tak po prostu. To chyba najtrudniejsza praktyka, jakiej uczę się w tym roku.
Nie kolejna asana, nie nowe wyzwanie tylko sztuka nicnierobienia.
I wiecie co?
Mam wrażenie, że właśnie tego najbardziej potrzebuję nie kolejnego wyjazdu nie kolejnej atrakcji.
Tylko chwili, w której usłyszę śpiew ptaków zamiast powiadomień w telefonie, bo lato przecież nie ucieka to my tak bardzo się spieszymy, że przestajemy je zauważać.
A teraz wybaczcie...
Idę napić się kawy na tarasie.
I postaram się przez chwilę... nie mrugać.

Komentarze
Prześlij komentarz