Skoro już opisuję Wam książki, to pomyślałam, że serial też mogę trochę odczarować, bo mam wrażenie, że w sieci dostał głównie po głowie. Oczywiście opinia zawsze jest kwestią gustu — jedni będą zachwyceni, inni oburzeni, a jeszcze inni sprawdzą po każdej scenie, czy Prus na pewno tak napisał.„Lalkę” znam. To jedna z nielicznych szkolnych lektur, które przeczytałam od deski do deski i bez rozpaczliwego poszukiwania streszczenia pięć minut przed lekcją. Kiedy więc na Netflixie pojawił się serial, musiałam sprawdzić, o co tyle krzyku.
I co? Mnie wciągnął. To produkcja na dwa wieczory albo jedną zarwaną noc, po której człowiek rano żałuje swoich decyzji, ale nie obejrzanych odcinków. Sześć epizodów mija błyskawicznie i aż szkoda, że nie ma ich więcej.Serial dynamicznie pokazuje świat podziałów klasowych, pieniędzy, ambicji, społecznych układów i relacji damsko-męskich. Jest piękny wizualnie, świetnie zagrany, czasem kąśliwy, czasem zabawny, czasem wzruszający, a niekiedy tak wkurwiających, że człowiek najchętniej wszedłby do ekranu i potrząsnął bohaterami. Czy jest wiernym odwzorowaniem powieści? Nie, i moim zdaniem wcale nie musi nim być. Jeśli ktoś liczył na sześciodcinkowy bryk, żeby ominąć czytanie książki, może poczuć się oszukany. Serial bierze z Prusa bohaterów, konflikty i napięcia społeczne, ale opowiada je po swojemu — bardziej współcześnie, odważnie i bez warstwy szkolnego kurzu. Najważniejsze jest jednak to, że wywołuje emocje i dyskusje. Ludzie znów rozmawiają o „Lalce”, porównują serial z książką, kłócą się o bohaterów, a niektórzy być może nawet sięgną po powieść. Czyli cel osiągnięty — literatura ma bawić, ciekawić, drażnić i zmuszać do myślenia, a nie tylko grzecznie stać na półce.
Mnie serial porwał. Obejrzałam go z przyjemnością, od śmiechu, przez złość, aż po wzruszenie. Nie zastępuje książki i nawet nie próbuje. Prowadzi z nią własną, momentami bezczelną rozmowę. A że nie wszystkim się podoba? Cóż… nawet Prus wszystkim nie dogodził. ;)

Komentarze
Prześlij komentarz