Czasami najtrudniej jest zastosować wobec siebie to, czego na co dzień uczymy innych.
Mówimy: zwolnij, oddychaj, odpocznij, posłuchaj swojego ciała, zadbaj o siebie. Na macie przypominam, żeby nie walczyć ze swoim ciałem, tylko spróbować je poczuć. Żeby nie porównywać się z osobą obok. Żeby zaakceptować, że jednego dnia możemy więcej, a drugiego mniej. Żeby zostać przez chwilę w ciszy i po prostu oddychać.
A później schodzę z maty i zaczyna się życie.
Praca, dom, dzieci, zajęcia, telefony, wiadomości, terminy, kolejne pomysły ktoś czegoś potrzebuje, gdzieś trzeba być, coś przygotować, o czymś pamiętać
Jeszcze tylko to, jeszcze tylko tam pojadę, jeszcze tylko odpiszę, jeszcze tylko skończę jedną rzecz.
A potem odpocznę.
Tylko że to „potem” jakoś ciągle nie nadchodzi.
I chyba właśnie gdzieś pomiędzy jednym „muszę” a drugim bardzo łatwo zgubić siebie.
Lato miało wyglądać trochę inaczej
Miałam tego lata czytać – taki był plan. Lista książek była ambitna, a w mojej głowie wyglądało to pięknie: kawa, książka, słońce, góry, koc na trawie i spokojny wieczór bez zerkania na telefon. Rzeczywistość? Przeczytałam dwie książki… Wiem, żenada, ale dobre i to. 😉
Jedną z nich była „Joga nerwu błędnego”. Nie była dla mnie wielkim odkryciem – oddech, uważność, praca z ciałem, rozluźnienie czy obserwowanie napięcia są przecież bardzo blisko jogi i tego, czym zajmuję się na co dzień. A jednak ta książka trafiła we mnie mocniej, niż się spodziewałam.
Przypomniała mi bowiem o czymś bardzo prostym: można doskonale wiedzieć, jak o siebie dbać, a zupełnie zapominać, żeby tę wiedzę stosować wobec samej siebie.
Dużo dajemy innym. A ile zostawiamy dla siebie?
Myślę, że wielu z nas zna ten schemat. Jesteśmy dla innych, pomagamy, organizujemy, pamiętamy i pytamy, czy wszystko jest w porządku. Dbamy o to, żeby ktoś zdążył, żeby ktoś miał wszystko, czego potrzebuje, żeby o niczym nie zapomniał. Słuchamy cudzych problemów, próbujemy znaleźć rozwiązania, dopasowujemy swój dzień do potrzeb innych i niemal zawsze potrafimy wygospodarować czas, kiedy ktoś nas potrzebuje.
A później przychodzi wieczór i nagle okazuje się, że dla siebie nie mieliśmy nawet dziesięciu minut.
Co więcej, często nawet tego nie zauważamy. Przyzwyczajamy się do dawania, działania, organizowania i bycia potrzebnym. Do tego, że ciągle coś się dzieje i zawsze jest jeszcze coś do zrobienia. Własne potrzeby przesuwamy na później, bo przecież możemy jeszcze chwilę poczekać. Najpierw dzieci, rodzina, praca, obowiązki, wiadomości, sprawy innych ludzi. A my? Gdzieś na końcu tej kolejki.
I chyba właśnie dlatego czasami tak trudno odpowiedzieć na jedno z najprostszych, a jednocześnie najważniejszych pytań: czego ja teraz potrzebuję?
Nie moje dzieci. Nie moja rodzina. Nie osoby, z którymi pracuję. Nie ktoś, kto właśnie napisał wiadomość i czeka na odpowiedź. Ja. Czego potrzebuję ja?
Może odpoczynku. Ciszy. Ruchu. Snu. Spaceru. Rozmowy. Chwili na macie. A może po prostu godziny, podczas której nikt niczego ode mnie nie chce i ja również niczego od siebie nie wymagam.
Mam wrażenie, że właśnie tej uważności na siebie bardzo nam dzisiaj brakuje. Tak łatwo zauważamy potrzeby innych, a własne potrafimy ignorować przez wiele dni. I właśnie z tego rodzi się ciągła gonitwa – nie tylko ta widoczna w kalendarzu, ale również ta, którą nosimy w głowie i w ciele. Napięte ramiona, zaciśnięta szczęka, płytki oddech, zmęczenie, rozdrażnienie i poczucie, że nawet kiedy teoretycznie odpoczywamy, w środku nadal jesteśmy w biegu.
Może więc dbanie o siebie nie zawsze musi oznaczać wielkie zmiany. Czasami pierwszym krokiem jest po prostu zauważenie siebie i potraktowanie własnych potrzeb z taką samą uważnością, z jaką każdego dnia traktujemy potrzeby innych.
Gonitwa, której czasem nawet nie zauważamy
Problem polega na tym, że do ciągłego działania można się przyzwyczaić. Napięcie zaczyna być czymś normalnym, a pośpiech staje się naszym naturalnym tempem. Telefon zawsze jest pod ręką, a w głowie nieustannie przewija się lista kolejnych spraw: co jeszcze muszę zrobić, co czeka mnie jutro, o czym zapomniałam, komu miałam odpisać, co trzeba przygotować. Jedno zadanie się kończy, a w jego miejsce natychmiast pojawiają się kolejne.
I nawet kiedy teoretycznie odpoczywamy, wcale nie oznacza to, że naprawdę odpoczywa nasz organizm. Możemy siedzieć na kanapie, a myślami być jednocześnie w pięciu różnych miejscach. Możemy położyć się do łóżka i przez kolejną godzinę układać w głowie plan następnego dnia. Możemy wyjechać na weekend, a mimo to co chwilę sprawdzać telefon, wiadomości i to, co dzieje się w pracy. Możemy pójść na spacer, ale zamiast zauważać to, co jest wokół nas, przez całą drogę analizować problemy i tworzyć w głowie kolejne scenariusze.
Ciało teoretycznie się zatrzymało, ale głowa nadal biegnie. I chyba właśnie tę ciągłą wewnętrzną gonitwę zaczęłam ostatnio coraz częściej zauważać u siebie. Co ciekawe, dopiero kiedy próbuję naprawdę zwolnić, widzę, jak trudno jest mi po prostu nic nie robić. Jak szybko pojawia się myśl, że przecież mogłabym ten czas wykorzystać „lepiej” albo zrobić coś pożytecznego.
Tylko czy każda chwila naprawdę musi być produktywna? Coraz bardziej przekonuję się, że nie. Być może właśnie te momenty, w których niczego nie planujemy, nie organizujemy i nie próbujemy nadrobić zaległości, są tym, czego najbardziej potrzebuje przeciążony układ nerwowy. Bo prawdziwy odpoczynek zaczyna się nie wtedy, kiedy przestajemy coś robić, ale wtedy, kiedy choć na chwilę pozwalamy przestać biec również naszej głowie.
Ciało prędzej czy później zaczyna mówić
Możemy długo ignorować zmęczenie. Wypić kolejną kawę, zacisnąć zęby i powiedzieć sobie: jeszcze trochę, dam radę, teraz nie mam czasu odpoczywać. Przesuwamy odpoczynek na później, bo przecież są rzeczy ważniejsze, pilniejsze i takie, które po prostu „muszą” zostać zrobione. Tylko ciało nie zawsze chce współpracować z naszym kalendarzem i tempem, które sobie narzucamy.
W pewnym momencie zaczyna wysyłać sygnały. Napięta szczęka, ramiona podciągnięte niemal pod uszy, płytki oddech, ściśnięty brzuch, ból karku, rozdrażnienie czy zmęczenie, którego nie naprawia jedna spokojnie przespana noc. Czasami pojawia się również trudność z wyciszeniem się wieczorem. Jesteśmy zmęczeni, chcemy odpocząć, a mimo to ciało nadal pozostaje napięte, a głowa analizuje wszystko, co wydarzyło się w ciągu dnia.
Bywa też tak, że przyzwyczajamy się do ciągłego działania na tyle mocno, że kiedy w końcu pojawia się chwila ciszy, nie bardzo wiemy, co z nią zrobić. Automatycznie sięgamy po telefon, szukamy kolejnego zajęcia albo przypominamy sobie o czymś, co „przecież można jeszcze zrobić”. Odpoczynek zaczyna wywoływać poczucie, że marnujemy czas, zamiast być czymś naturalnym i potrzebnym.
I właśnie tutaj „Joga nerwu błędnego” przypomniała mi o czymś bardzo prostym, o czym – paradoksalnie – tak łatwo zapominam. Nie zawsze potrzebujemy kolejnego sposobu na naprawienie siebie. Czasem najpierw trzeba po prostu zatrzymać się i zauważyć, co się z nami dzieje. Posłuchać oddechu, poczuć napięcie w ciele, nazwać emocje i zastanowić się, czego w danym momencie naprawdę potrzebujemy.
Zanim więc zaczniemy próbować się naprawiać, warto najpierw nauczyć się siebie zauważać.
Nerw błędny i powrót do równowagi
Nerw błędny jest jednym z ważnych elementów przywspółczulnej części naszego układu nerwowego, związanej między innymi z odpoczynkiem, regeneracją i powrotem organizmu do równowagi po sytuacjach stresowych. W książce „Joga nerwu błędnego” znajdziemy proste ćwiczenia wykorzystujące oddech, ruch i świadomą pracę z ciałem. Nie są to skomplikowane praktyki wymagające godzin spędzonych na macie. Wręcz przeciwnie – wiele z nich przypomina, że czasami najprostsze rzeczy mogą pomóc nam zatrzymać się i ponownie skierować uwagę na siebie.
Nie znajdziemy tutaj magicznego sposobu na życie bez stresu – i dobrze. Stres jest przecież naturalną częścią naszego życia. Nie chodzi o to, żeby nigdy się nie zdenerwować, nie zmęczyć, nie poczuć napięcia czy nie przeżyć trudniejszego dnia. Nie jesteśmy w stanie wyeliminować wszystkich sytuacji, które wyprowadzają nas z równowagi. Możemy jednak uczyć się zauważać, co dzieje się wtedy z naszym ciałem i emocjami.
Dla mnie ważniejsze stało się więc inne pytanie: czy potrafimy po tym wszystkim wrócić do spokoju? Czy zauważamy moment, w którym napięcie zaczyna narastać, oddech staje się płytszy, a ciało coraz bardziej spięte? Czy umiemy zatrzymać się wcześniej, zamiast czekać do chwili, kiedy jesteśmy już całkowicie wyczerpani?
Być może właśnie na tym powinna polegać większa uważność na siebie – nie na unikaniu każdej stresującej sytuacji, ale na coraz wcześniejszym rozpoznawaniu własnych granic. Na umiejętności powiedzenia sobie bez poczucia winy: już wystarczy, na dzisiaj zrobiłam wystarczająco dużo. Teraz czas zadbać również o siebie.
Zaczęłam prowadzić dziennik uważności
I chyba największą zmianą, którą przyniosła mi ta książka, nie było żadne konkretne ćwiczenie. Był nią zwykły zeszyt. Zaczęłam prowadzić dziennik, ale nie taki, w którym zapisuję kolejną listę zadań, planuję następny dzień albo odhaczam rzeczy do zrobienia. Tych list mam już zdecydowanie wystarczająco dużo. To raczej dziennik uważności na własne ciało, emocje i potrzeby – miejsce, w którym przez kilka minut mogę skupić uwagę tylko na sobie.
Zaczęłam zadawać sobie proste pytania: Jak się dzisiaj czuję? Co czuję w swoim ciele? Gdzie pojawia się napięcie? Jak dzisiaj oddycham? Co zabrało mi najwięcej energii, a co dało mi radość? Jaka emocja towarzyszyła mi najczęściej? I w końcu pytanie, które wydaje się banalnie proste, a czasami okazuje się najtrudniejsze: czego dzisiaj potrzebuję?
Nie zawsze mam na nie gotową odpowiedź. Czasem dopiero kiedy zaczynam pisać, zauważam, że jestem bardziej zmęczona, niż mi się wydawało, że coś mnie zdenerwowało albo że przez cały dzień nosiłam w sobie napięcie, którego wcześniej nawet nie byłam świadoma. Innym razem odkrywam, że wydarzyło się coś małego, co sprawiło mi ogromną przyjemność, tylko w codziennym pośpiechu prawie tego nie zauważyłam.
Nie jest to żadna wielka praktyka. Nie potrzebuję specjalnego miejsca, godziny ciszy ani idealnych warunków. Czasami zapisuję kilka zdań, czasami więcej, a czasem tylko jedno słowo. Najważniejsze jest dla mnie samo zatrzymanie. Te kilka minut, podczas których nie zastanawiam się nad tym, czego potrzebują inni, co jeszcze muszę zrobić i gdzie powinnam być.
Zaczynam zauważać, że samo skierowanie uwagi na siebie zmienia bardzo dużo. Dziennik stał się dla mnie małym codziennym przypomnieniem, że moje ciało, emocje i potrzeby również zasługują na uwagę. Nie dopiero wtedy, kiedy jestem skrajnie zmęczona albo napięcie staje się nie do zniesienia, ale każdego dnia. Może właśnie od takich kilku minut zaczyna się prawdziwa uważność – od nauczenia się słuchania siebie, zanim ciało będzie musiało mówić coraz głośniej.
Bo uważność kierujemy głównie na zewnątrz
To chyba jedna z największych refleksji tego lata. Jesteśmy niesamowicie uważni na innych. Po tonie głosu potrafimy rozpoznać, że ktoś ma gorszy dzień, po minie dziecka widzimy, że coś się wydarzyło, zauważamy zmęczenie bliskiej osoby, jej smutek, zdenerwowanie czy napięcie. Pytamy: „Wszystko w porządku?”, „Potrzebujesz pomocy?”, „Może odpocznij?”. Często robimy to zupełnie naturalnie, bez zastanowienia, bo troska o innych stała się częścią naszej codzienności.
A kiedy ostatnio z taką samą troską zapytaliśmy o to samych siebie? Kiedy spojrzeliśmy na własne zmęczenie nie jak na przeszkodę, którą trzeba pokonać, ale jak na informację, że być może potrzebujemy odpoczynku? Kiedy zamiast mówić sobie „jeszcze tylko to zrobię”, pozwoliliśmy sobie stwierdzić: „na dzisiaj wystarczy”?
Czasami odnoszę wrażenie, że właśnie sobie dajemy najmniej. Najmniej cierpliwości, najmniej czasu i najmniej wyrozumiałości. Dla innych potrafimy znaleźć dobre słowo, usprawiedliwić gorszy dzień, zrozumieć zmęczenie czy powiedzieć, że przecież nie wszystko musi być zrobione od razu. Wobec siebie bywamy znacznie bardziej wymagający. Najłatwiej przesunąć własne potrzeby na koniec kolejki, bo przecież ja poczekam, ja dam radę, ja zrobię później.
Tylko że to „później” często nie nadchodzi. Pojawia się następny dzień, kolejne obowiązki, kolejne osoby, które czegoś od nas potrzebują, i kolejna lista spraw do załatwienia. Jeśli przez tygodnie czy miesiące nieustannie jesteśmy na końcu własnej listy, prędzej czy później zaczynamy odczuwać tego skutki. Narasta zmęczenie i napięcie, trudniej nam się wyciszyć, stajemy się bardziej rozdrażnieni, a chwila odpoczynku przestaje wystarczać, żeby naprawdę poczuć się lepiej.
Może więc uważność powinna działać w dwie strony. Nie chodzi o to, żeby przestać troszczyć się o innych, ale żeby część tej samej troski, cierpliwości i uwagi zacząć kierować również do siebie. Zauważać własne emocje, zmęczenie i granice równie szybko, jak zauważamy je u ludzi, których kochamy. Bo my również jesteśmy kimś, o kogo warto każdego dnia trochę zadbać.
Odpoczywanie również trzeba ćwiczyć
Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że odpoczynek jest umiejętnością. Tak samo jak uczymy ciało nowych pozycji na macie, pracujemy nad siłą, mobilnością czy równowagą, tak samo możemy uczyć się zatrzymywania i prawdziwego odpoczynku. Wydaje się to banalnie proste – przecież wystarczy usiąść, położyć się, nic nie robić. A jednak dla wielu z nas właśnie to „nicnierobienie” okazuje się zaskakująco trudne.
Na początku cisza może być niewygodna. Pięć minut bez telefonu potrafi wydawać się podejrzanie długie, a kiedy tylko próbujemy się zatrzymać, myśli natychmiast zaczynają przypominać o wszystkim, co jeszcze czeka na zrobienie. Lista obowiązków pojawia się w głowie niemal automatycznie. Przypominamy sobie o wiadomości, na którą trzeba odpisać, praniu, które trzeba rozwiesić, planach na jutro czy sprawie, którą przecież można byłoby załatwić właśnie teraz. I zamiast odpoczywać, zaczynamy mieć wyrzuty sumienia, że marnujemy czas.
A może właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa praktyka? Nie wtedy, kiedy idealnie wykonujemy asanę, potrafimy długo pozostać w pozycji czy kontrolować oddech. Może praktyka zaczyna się w momencie, kiedy potrafimy naprawdę siebie usłyszeć. Zauważyć: jestem zmęczona, jestem spięta, mam dzisiaj za dużo, potrzebuję chwili dla siebie. I zamiast natychmiast zagłuszyć te sygnały kolejnym zadaniem, potraktować je poważnie.
Uczę się więc, że odpoczynek nie jest nagrodą za wykonanie wszystkich obowiązków. Bo prawda jest taka, że lista rzeczy do zrobienia prawdopodobnie nigdy nie będzie całkowicie pusta. Zawsze znajdzie się coś jeszcze. Jeśli będziemy czekać z odpoczynkiem do momentu, kiedy wszystko będzie zrobione, możemy czekać naprawdę długo.
Może więc warto zacząć patrzeć na odpoczynek nie jak na stratę czasu, ale jak na naturalną część dbania o siebie. Dać sobie prawo do zatrzymania, zanim pojawi się całkowite wyczerpanie. Nie wtedy, kiedy już nie mamy siły, ale właśnie po to, żeby tej siły nie stracić. I chyba tego też trzeba się nauczyć – odpoczywać bez poczucia winy i bez przekonania, że każda minuta naszego dnia musi być produktywna.
Nie chcę robić z dbania o siebie kolejnego obowiązku
Nie stworzyłam planu „30 dni dla układu nerwowego”, nie ustawiłam przypomnień w telefonie ani nie postanowiłam, że od jutra codziennie będę medytować, pisać dziennik i wykonywać wszystkie ćwiczenia z książki. Znam siebie – po kilku dniach troska o siebie stałaby się po prostu kolejnym punktem na liście rzeczy do zrobienia. Trochę absurdalne, prawda?
Dlatego próbuję inaczej. Bez wielkich postanowień i presji. Kilka spokojnych oddechów, parę minut z zeszytem, spacer, chwila ciszy, odłożenie telefonu czy dłuższa savasana. Małe rzeczy, które nie są obowiązkiem, ale odpowiedzią na to, czego w danym momencie potrzebuję.
Zaczynam rozumieć, że dbanie o siebie nie musi być kolejnym projektem do zrealizowania. Czasami najlepszą rzeczą, jaką mogę dla siebie zrobić, jest po prostu powiedzieć: na dzisiaj wystarczy – i pozwolić sobie niczego więcej tego dnia nie robić.
Joga zaczyna się poza matą
Im dłużej praktykuję i uczę jogi, tym bardziej czuję, że najważniejsze rzeczy zaczynają się dopiero po zwinięciu maty. Można przecież pięknie oddychać przez godzinę praktyki, zrobić spokojną savasanę, a pięć minut później wrócić do codziennej gonitwy i przez resztę dnia funkcjonować w napięciu. Można znać wiele technik relaksacyjnych, a jednocześnie nie zauważać własnego zmęczenia.
Dlatego coraz bardziej interesuje mnie joga, którą możemy zabrać ze sobą do codziennego życia – do pracy, samochodu, domu, trudnej rozmowy czy dnia, kiedy wszystko idzie nie tak, jak planowaliśmy. Bo joga nie musi kończyć się wraz ze zwinięciem maty. Może być właśnie tym momentem, kiedy w środku zabieganego dnia zatrzymujemy się choć na chwilę, bierzemy spokojny oddech i zamiast po raz kolejny zastanawiać się, czego potrzebują wszyscy dookoła, pytamy siebie: a czego w tej chwili potrzebuję ja?
Lato zleciało. Zostały dwie książki i trochę więcej uważności
Miałam przeczytać znacznie więcej, skończyło się na dwóch książkach. Kiedyś pewnie pomyślałabym, że plan nie został wykonany. Dzisiaj patrzę na to inaczej. Jeśli jedna książka sprawiła, że zaczęłam uważniej obserwować swoje ciało, emocje i potrzeby, to może była warta więcej niż odhaczenie kolejnych tytułów z listy.
„Joga nerwu błędnego” nie była dla mnie rewolucją. Była przypomnieniem. Że wiedzieć nie zawsze znaczy robić, że potrafimy dawać bardzo dużo innym, zapominając przy tym o sobie, i że czasem warto po prostu się zatrzymać.
Dlatego coraz częściej zadaję sobie jedno proste pytanie: „Jak ja się właściwie dzisiaj czuję?” Może właśnie od tego zaczyna się prawdziwa uważność – od zauważenia siebie, zanim ciało będzie musiało coraz głośniej przypominać, że ono również potrzebuje naszej troski.
Naturalne Wibracje 🌿

Komentarze
Prześlij komentarz